Wydrukuj tę stronę

Nr 162 (kwiecień 2020)


            Nr 162 (kwiecień 2020)

Piękną wiosnę mieliśmy tej zimy. Aż chciałoby się napisać: żeby tylko wiosną nie była piękna zima albo upalne lato, po którym prawdziwe lato będzie jeszcze bardziej upalne, a jesienią z naszych rzek zostaną tylko ślady na ziemi. Dość to – przyznaję – apokaliptyczna wizja bieżącego sezonu wędkarskiego.

Nie ma co jednak popadać w czarną rozpacz. Kwiecień to przecież wyjątkowo urokliwe tygodnie rozbudzania się przyrody z zimowego snu i cieszenia się wiosennym słońcem nad tętniącymi życiem łowiskami. A co będzie później? Kto to może wiedzieć. Na pewno zaś nie ma się co martwić tym, na co nie ma się wpływu.
Póki co, mamy numer kwietniowy i warto się zająć właśnie nim. Tylko że już na wstępie muszę wykonać powrót do przeszłości w moim srebrnym (acz ostatnio estetycznie oklejonym) „wehikule czasu” i zabrać Was nad lodowato zimne wody zaporowo-żwirowniane na przełomie listopada i grudnia. Wtedy to właśnie powstawał film, który mam dziś przyjemność Wam zaprezentować. „Czterdziestolatek na rybach” to (w kilku słowach) opowieść o tym, jak można celebrować stuknięcie czwartego krzyżyka. Z wędką w ręku, rzecz jasna. Tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z WMH, podpowiadam, że film jest dostępny nie tylko na DVD dołączonym do niniejszego numeru, ale także na naszym VoD pod adresem www.filmy.wmh.pl. Z kolei film z wydania marcowego („Jesienne wariacje”) przez miesiąc będzie dostępny za darmo, jak każdy film „spadający” ze statusu premierowego.
Pora na zwyczajowy przegląd zawartości numeru. Ja w tym miesiącu pauzuję przytłoczony liczbą i intensywnością wyjazdów na ryby, ale moi redakcyjni koledzy stanęli na wysokości zadania. Michał Krzyżanowski opisuje swój wielki powrót do łowienia kleni (czytałem ten tekst z dużą nostalgią, gdyż zahacza on o temat bezpowrotnego już chyba wyginięcia nieprzebranych stad kleni i jazi w warszawskim odcinku Wisły). Paweł Smyk skupił się na zawiłościach montowania karpiowych zestawów końcowych, a Marcin Wosiek wziął na warsztat wiosenną rozgrzewkę mazowieckiego łowcy białorybu, który swój sezon zaczyna tradycyjnie po ustąpieniu kalendarzowej zimy.
W tym miejscu warto również zwrócić uwagę na artykuł Bogdana Bartona, który wnikliwie analizuje wiosenną aktywność ryb spokojnego żeru, bazując na swoich trwających od dekad obserwacjach wody i pomiarach jej temperatury. Kapitalna lektura! To samo mogę napisać o kolejnym artykule Mariusza Aleksandrowicza, który z właściwą sobie lekkością i humorem opisuje mrożące krew w żyłach momenty podczas wyprawy na ryby na Półwysep Kolski. Czytając to, ma się wręcz ochotę przytoczyć znane powiedzenie, że Rosja to nie kraj, to stan umysłu.
Z bliskich mi tematów mogę jeszcze polecić artykuł Tomasza Suwalskiego traktujący o łowieniu okoni na jaskółki. Te przynęty mają stałe miejsce w moich pudełkach i zachęcam do ich stosowania. Wielu wędkarzy nie potrafi się do nich przekonać, argumentując, że skoro nie zamiatają ogonem, to ryby ich „nie lubią”, co za każdym razem wprawia mnie w dobry humor. Bo w sumie czemu nie? Im rzadziej te łowne przynęty będą używane, tym większe mam szanse na sukces, łowiąc na nie. I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami. Do zobaczenia nad wodą!

Paweł Mirecki

 

Czterdziestolatek na rybach

Jak można świętować, gdy stuknie czwarty krzyżyk? Można rozmaicie. Saturnin Jabaji wybrał ten najbardziej wędkarski sposób, czyli w towarzystwie Pawła Mireckiego wyruszył na ryby. Pojechali nad płytki zbiornik zaporowy, gdzie co prawda od wody ciągnął lodowaty ziąb, ale za to szykujące się do zimy ryby drapieżne jeszcze miały ochotę to i owo przekąsić. Ciepło ubrani i wszechstronnie wyposażeni zwodowali łódź i popłynęli na blaty, karcze, uskoki i w inne ciekawe miejsca. Tak im się to spodobało, że w drodze powrotnej zahaczyli o kompleks żwirowni, gdzie postanowili zrobić dokładnie to samo. Ryby, które złowili, stały się jednak tylko dodatkiem do atmosfery koleżeńskiej wyprawy urodzinowej. Parafrazując klasyka, można w tym momencie zanucić: „czterdzieści lat na rybach minęło jak jeden dzień”. Bo tak też jest na rybach, czas mija błyskawicznie. I obyśmy mogli to samo zaśpiewać dzisiejszemu czterdziestolatkowi także dwadzieścia lat później! Zapraszamy do oglądania filmu.

 

Foto 1

Wiosenna dola robaka (Marcin Wosiek)

Zimę mamy ciepłą tego roku i choć jest to stan niemalże klęski żywiołowej, to jednak pozwala mi snuć wędkarskie plany już na połowę marca (artykuł ten piszę w połowie w lutego). Co z tego wyjdzie – czas pokaże. Ale jednego jestem pewny: dla robaków wiosna to jak dla karpia Wigilia. Zaczynam jak zwykle od lekkiej wędki z drgającą szczytówką, ale odliczam już czas do dnia, w którym rozpakuję swoje zupełnie nowe karpiówki i udam się na wygrzane słońcem, najlepiej nawietrzne brzegi dobrze mi znanych łowisk z grubymi karpiami. Bo choć niewiele jest dla mnie przyjemniejszych rzeczy od złowienia dużego, wygrzbieconego karasia „pospolitaka” albo wyrośniętego lina, to jednak walka z dwucyfrową rybą, która w ostatnim momencie może się uwolnić z haka, dostarcza mi masę emocji. A do takich rzeczy wymyślono karpiówki. Wróćmy do lekkich „drgawek”. Wczesną wiosną z reguły udaję się tam, gdzie jest dużo ryb. Banał, ale po zimowej pauzie trzeba się jakoś przestawić na właściwe tory pod względem psychofizycznym, wyostrzyć odruchy, przećwiczyć reakcje. Do niedawna taką rozgrzewkę robiłem na komercji z dużą populacją mniejszych ryb (karpi i karasi), lecz ubiegłoroczny start na Kanale Żerańskim dał mi sporo do myślenia. Bardzo możliwe, że i w tym roku odwiedzę funkcjonujące w Nieporęcie łowisko „no kill”. Częste brania drobnych ryb, szansa na sporego lina czy wielką zegrzyńską płoć – cóż więcej potrzeba na udany początek.
Foto 2

Klenie z przypadku (Michał Krzyżanowski)

Tak się złożyło, że na dość długo zrezygnowałem z celowego łowienia kleni i jazi. Ostatnio jednak ryby te przypomniały mi o sobie na tyle mocno, że się przełamałem. Dziś już trudno w to uwierzyć, ale okołowarszawska Wisła była onegdaj niezwykle rybna. A piszę o latach 90. ubiegłego wieku, kiedy dzienną normą było kilkadziesiąt brań kleni i jazi. Dotyczyło to zresztą także innych ryb. Niestety, to już historia – gigantycznych stad drapieżnego białorybu na omawianym odcinku Wisły po prostu nie ma. Ten tak drastyczny kryzys został spowodowany nie tylko przez ludzi czerpiących ile wlezie z tej obfitości (mimo że łowię od dziecka, nadal nie potrafię zrozumieć, jak można zachwycać się mięsem klenia), lecz również przez czynniki naturalne w postaci wieloletnich katastrofalnych dla ryb wahań stanu wody. Dziś populacja kleni i jazi w Wiśle to 20% tego, co było kiedyś, tak mała, że jakoś nie ciągnie mnie nad brzegi, które kiedyś z upodobaniem wydeptywałem. W samym mieście nie ma rybaków (bo i co mają robić na bezrybiu), a kłusownictwo jest raczej umiarkowane, ale to, co się dzieje poza jego granicami, woła o pomstę do nieba. Niemniej jednak odcinek miejski jest na tyle długi i urozmaicony, że mógłby się stać domem i matecznikiem dla wielu pięknych ryb. I w końcu będzie miał szanse, bo po wielu latach zaniedbań od tego roku Okręg Mazowiecki PZW wprowadził zakaz zabierania szczupaka, sandacza i bolenia w obrębie między mostami Siekierkowskim a Północnym.
Foto 3

D-rig krok po kroku (Paweł Smyk)

Mówi się, że przypony z pętlą „D” to już klasyka. Dla wielu feederowców i początkujących karpiarzy jest to jednak wciąż nowy, nieodkryty ląd. Tymczasem konstrukcja D-riga pozwala na bardzo efektowne zaprezentowanie przynęty, a przez to skuteczne łowienie karpi i amurów. D-rigi to doskonała alternatywa dla najpopularniejszych dziś przyponów – przyponów włosowych. Próba dowodzenia, które z nich są skuteczniejsze, wydaje mi się bezcelowa, gdyż na sukces podczas zacięcia i holu ryby składa się znacznie więcej elementów niż tylko sposób zaprezentowania przynęty. Bez wątpienia możemy jednak powiedzieć, że pętla „D” daje nam większą możliwość kontrolowania ustawienia haka względem przynęty oraz więcej sposobów jej mocowania niż w przypadku zwykłego przyponu włosowego. Najczęściej wykonuje się ją z fluorokarbonu (charakteryzującego się odpowiednią sztywnością i odpornością na urazy mechaniczne) na hakach o stosunkowo długim trzonku zakończonym oczkiem. Długi trzonek nie jest oczywiście warunkiem koniecznym, ale tzw. banan jest niemal stworzony do D-riga i po prostu najczęściej wybierany do tego typu zastosowań. Utarło się przekonanie, że przyponów z pętlą „D” używa się do kulkowych pływaków, lecz doświadczenie pokazuje, że świetnie sprawdzają się do kulek tonących, bałwanków czy innych przynęt. Najlepiej, jeśli sami sprawdzicie ich działanie, korzystając z podanych niżej sposobów ich wykonania.
Foto 4

Kwietniowa jaskółka (Tomasz Suwalski)

Łowienie okoni w wodach przymorza jest zależne od drożności kanałów łączących jeziora z morzem. Ostatnimi laty migracje ryb z Morza Bałtyckiego na tarło do przymorskich jezior nie są już tak obfite. Migruje znacznie mniej ryb, a ich wielkość też nie zawsze napawa optymizmem. Mimo to każda, nawet niewielka liczba swobodnie migrujących ryb i tak jest olbrzymim zastrzykiem nowego życia dla jezior. Warunek jest jeden: na swej drodze nie mogą zderzyć się z rybakiem, kłusownikiem, drapieżnym ptactwem czy wędkarzem, który nie uznaje zasady „no kill”. Myślę, że – niestety – wiele jeszcze wody upłynie, zanim zaczniemy chronić szlaki migracyjne ryb.  Jeśli zima pozwala, zgromadzeń okoni szukam już pod lodem. Rzadko się to jednak zdarza na przymorskich wodach – taki mamy klimat. Wiosną pasiastych drapieżników poszukuję w okolicy zielsk, które już zaczynają startować, ale jeszcze otulone są butwiejącymi szczątkami ubiegłorocznej roślinności. Przymorskie jeziora to zbiorniki płytkie (średnia głębokość wynosi ok. 2 m; w dużej mierze zależy to od tego, czy kanał łączący morze z jeziorem płynie – jeśli tak, to może być jeszcze płycej), zazwyczaj z mało urozmaiconym dnem, dlatego też są dość trudnymi łowiskami. Rozległe blaty poprzecinane są kamiennymi rafami, drobnymi wzniesieniami i polami podwodnych łąk (przeważnie rdestu i grążeli żółtych). To właśnie takich miejsc szukamy, a najlepiej stref granicznych, czyli połączeń raf z łąkami. Znalezienie tych ostatnich daje największe szanse na upolowanie przymorskich pasiaków.  
Foto 5

Wiosenna pobudka (Paweł Szewc)

Jeśli widzę budzącą się przyrodę na powierzchni, to wiem, że tak samo dzieje się pod wodą. Może jest to nieco opóźnione, ale z pewnością i tam wszystko zaczyna żyć. Większe nasłonecznienie podgrzewa wodę, w której rozwijają się pierwsze organizmy. One zaś stanowią doskonały pokarm dla zwiększających swoją aktywność karpi. Ryby stają się mocno pobudzone i nie są zbyt ostrożne w tym okresie. Zbierają kąsek za kąskiem, mocno ze sobą konkurując. Każdy osobnik walczy o jak największą ilość pożywienia, chcąc uzupełnić straty, jakie poniósł zimą, gdy nie było zbyt wiele pokarmu. Takie żerowanie bardzo łatwo zaobserwować w płytkich akwenach: co chwilę pojawiają się wiry i woda staje się mętna. Popularne powiedzenie, że woda się w tym miejscu gotuje, doskonale odzwierciedla tę sytuację. Uważam, że warto wykorzystać ten czas z wędką w ręku. Każdy rok karpiowania jest inny. Co roku stawiam sobie nowe cele i wyzwania. Staram się, aby nadchodzący sezon był pełen wędkarskich przygód. W zasadzie lubię złowić kilka wielkich okazów, ale nie jest to głównym zadaniem w czasie moich wypraw. Staram się po prostu na tyle skutecznie łowić karpie, na ile się da. Najwspanialszymi dla mnie chwilami nad wodą są niewątpliwie wiosenne zasiadki.
Foto 6

Z termometrem na ryby (Bogdan Barton)

Ryby nie znają kalendarzy i pór roku. Ich życie jest zależne od temperatury wody, a intensywność żerowania od jeszcze wielu innych czynników. Poznanie tych warunków uczy mnie pokory do natury, a to bardzo ważna cecha wędkarza. Z racji mojej pracy bardzo często spotykam się z poglądami, że jak miejsce jest zanęcone, to ryby muszą brać. To nie jest prawda, ale i nie jest niemożliwe, żeby nawet w czasie najbardziej niekorzystnej pogody nic nie złowić. Wybierając się nad wodę – bez względu na porę roku – zawsze nastawiam się na to, że idę na ryby, a nie po ryby. To zmusza mnie, aby z ogromną ciekawością obserwować, co się dzieje dookoła mnie. Zwłaszcza wiosna to czas naprawdę ogromnych zmian w przyrodzie. Moim nieodłącznym pomocnikiem jest w pierwszej kolejności termometr, a dopiero potem wędka. Interesują mnie nie tylko ryby, lecz również to, czym się odżywiają w wodzie mającej daną temperaturę, bo jak wiadomo ich naturalny pokarm też jest uzależniony od temperatury. Od razu po zejściu lodu temperatura wody przy brzegach wynosi zazwyczaj ok. 7oC. Woda najszybciej nagrzewa się z północnej strony jeziora, bo jest to część zbiornika najdłużej nasłoneczniona. A to wiąże się z tym, że tam właśnie szybko i intensywnie zaczyna się podwodne życie. Ciepłota wody na powierzchni może dojść w środku dnia nawet do 10 oC, jeżeli świeci słońce. Jest to już prawdziwy raj dla ryb.
Foto 7

Obserwowani przez niedźwiedzia (Mariusz Aleksandrowicz)

Półwysep Kolski – jeden z ostatnich dzikich skrawków naszego kontynentu – położony jest w północno-zachodniej części europejskiej Rosji. Jego powierzchnia wynosi 140 tys. km kw., z czego większość znajduje się za kołem polarnym, co sprawia, że z początkiem lata możemy tam wędkować niemal 24 godziny na dobę bez obaw, że nastanie ciemność. Krajobraz jest zróżnicowany: ogromne połacie tundr przeplatają się z równinnymi bagniskami upstrzonymi tysiącami jezior i jeziorek, z górami i pagórkami oraz z dziewiczą tajgą zamieszkiwaną przez rosomaki, renifery, rysie, głuszce i niedźwiedzie. Chciałbym zatrzymać się na chwilę przy tym ostatnim z wymienionych gatunków i opowiedzieć historyjkę z niedźwiedziem w tle. Na Kolski jeździłem już wcześniej. Celem zazwyczaj były łososie atlantyckie. Nie miałem jednak do nich ręki. Niemal każda wyprawa kończyła się – jakby powiedział Artur, kompan wielu niesamowitych eskapad – niepełnym sukcesem. Dlatego tam wracałem. Wracałem, by się spełnić, by zaznać ukojenia, by trafić dzień, który w słowniku wędkarskim nazywamy „dniem życia”. Nałowić się tak, by u schyłku dnia móc powiedzieć: wystarczy. I zapamiętać ten dzień do końca życia. Ale wracać było coraz ciężej, na co niewątpliwy wpływ miały dwa traumatyczne wydarzenia minionych wypraw. Jedno związane było z Powietrznym środkiem transportu, a drugie ze wspomnianym już niedźwiedziem.

Spis treści

Redakcja łowi
  • Klenie z przypadku 6
  • Wiosenna dola robaka 12
  • D-rig krok po kroku 16
Porady ekspertów
  • Miłość w kropki 24
  • Jak ugryźć szczupaka 28
  • Kwietniowa jaskółka 36
Od spławika do gruntu
  • Z termometrem na ryby 40
  • Chleb i kleń z powierzchni 44
Wędkarstwo karpiowe
  • Wiosenna pobudka 48
Za granicą
  • Obserwowani przez niedźwiedzia 54
Wędkarstwo morskie
  • Hitra 2019 20
Inne
  • Polecamy 60
  • W następnym numerze m.in. 64
Artykuły sponsorowane
  • Zmień żyłkę na nowego Robinsona! 34