Wydrukuj tę stronę

Nr 160 (styczeń-luty 2020)


            Nr 160 (styczeń-luty 2020)

Pierwszy numer WMH ukazał się na początku 2002 roku. Szmat czasu! 17 lat minęło, odkąd jesteśmy z Wami. Przez te wszystkie lata zmienialiśmy się nieustannie. Kiedyś WMH ukazywało się 10 razy w roku, potem przez dobrych parę lat – 12, czyli co miesiąc. Obecnie jednak wracamy do poprzedniej sprawdzonej częstotliwości wydań.

Niezależnie od czynników rynkowych, których analiza skłania nas do takiej, a nie innej decyzji, wykorzystamy dodatkowy czas z pożytkiem dla wszystkich, czyli na wędkowanie, gromadzenie nowych doświadczeń i materiałów na właściwy sezon 2020.
Niniejszy numer, styczniowo-lutowy, jest zatem pierwszym z dwóch numerów dwumiesięcznych przewidzianych na najbliższy rok. Drugi taki numer, listopadowo-grudniowy, wydamy pod koniec 2020 roku. Od marca do października poszczególne numery WMH będą się ukazywały co miesiąc. Bez obaw, nie zamierzamy zmieniać nośnika, na którym publikujemy nasze filmy. A trzeba pamiętać, że ukazywały się one wcześniej na kasatech wideo (co jakiś czas otrzymujemy pytania od kolekcjonerów o nie, ale dziś są już niestety niedostępne) i na Video CD. Teraz możemy je oglądać na DVD. Kolejna zmiana na tym polu zajdzie chyba nieprędko, i dobrze, bo płyty DVD są bardzo wygodne. Niezależnie od tego, stale dbamy o to, żeby nasze filmy były dostępne w wersji elektronicznej na www.filmy.wmh.pl, a także na naszych stronach w popularnych serwisach społecznościowych. I jeśli cokolwiek mogę przewidywać, to chyba tylko to, że będziemy zwracać coraz większą uwagę na ten aspekt naszej działalności.
Koniec „ogłoszeń parafialnych”, pora na zwyczajowe omówienie bieżącego numeru. Planując jego zawartość jesienią ubiegłego roku, nie mogliśmy mieć oczywiście pojęcia o tym, jakie będą zimą warunki – powiedziałbym – lodowe. Wszyscy jednak aż przebieraliśmy nogami, żeby jak najszybciej wejść na lód z wędkami. Nie tu, to tam. Nie w styczniu, to w lutym. I tak oto i Michał Krzyżanowski, i ja popełniliśmy artykuły o tym, co nam o tej porze roku najbliższe, czyli o lodzie. Do naszego małego grona zapalonych podlodowców dołączył jeszcze Bogdan Barton i tak powstał pierwszy „punkt ciężkości” w WMH nr 160. Z drugim sprawa jest dość ciekawa, bo postanowiliśmy choć raz postawić na... turystykę wędkarską, a konkretnie zgromadzić doświadczenia naszych współpracowników zdobyte na wodach za granicą, ze wskazaniem na te, do których eksploracji nie jest potrzebne pośrednictwo żadnego biura podróży. Wystarczy Internet i odrobina wprawy w samodzielnej organizacji wyjazdów zagranicznych. Irlandia (Jacek Gorny), Holandia (Artur Kocikowski), Francja (Paweł Szewc) – dość blisko i bardzo „na temat”. Do kompletu – Kamczatka. Bardzo daleko, ale także konkretnie. I tak powstał drugi „punkt ciężkości”. Niezależnie od tego mamy dla Was także artykuły o innej tematyce, podejmujące różne zagadnienia z wędkarstwa spinningowego i gruntowego.
Pora kończyć. Spotkamy się ponownie, przypominam, w numerze marcowym, który się ukaże w połowie lutego. A tymczasem... Do zobaczenia nad wodą!

Paweł Mirecki

 

Wakacyjne patenty

Wielu wędkarzy ma więcej czasu na uprawianie naszego wspólnego hobby tylko w miesiącach tradycyjnie uznawanych za wypoczynkowe. Biorą wtedy wędki i udają się nad wodę, gdzie spędzają czas w gronie kolegów-wędkarzy lub z rodziną, godząc przebywanie nią z łowieniem ryb. Z myślą o m.in. tej grupie wakacyjnych spinningistów przygotowaliśmy niniejszy film. Paweł i Tomasz Mireccy pokazują, jak radzić sobie podczas urlopowego wyjazdu nad rozświetlone słońcem jezioro, co i jak można maksymalnie „wycisnąć” z takiego pobytu. Zobaczycie łowienie popularnych jeziorowych drapieżników na zestawy i przynęty zarówno znane, jak też mniej znane, a warte zastosowania, np. na czeburaszkę, która szturmem podbija polski rynek wędkarski i serca spinningistów. Jeśli jeszcze na nią nie łowiliście, to warto spróbować. O tym i o innych ciekawych lub po prostu „łownych” rozwiązaniach traktuje właśnie niniejszy film. A wszystko w pełni relaksujące, bo takie powinno być wakacyjne wędkowanie – nastawione na cieszenie się każdą chwilą odpoczynku i każdą rybą, bez presji wyników i rekordów.

 

Foto 1

Zmiany na lodzie (Paweł Mirecki)

Burzliwy rozwój i równoczesne upowszechnienie się technik wykorzystania echosond w wędkarstwie podlodowym to coś, co pchnęło tę dyscyplinę naszego hobby na zupełnie nowe tory. Jej odmiany obecnie trudno sobie w ogóle wyobrazić bez sonaru. Już widzę te krzywe uśmiechy niektórych: dawniej łowiono bez echosond i dało się! Owszem, tylko że ja dobrze pamiętam, jak było „dawniej”. Było przede wszystkim więcej ryb, i to o wiele więcej. Dlatego mniej wysublimowanymi sposobami można było dobrze połowić. Gdy dziś sobie przypomnę, że lata 90. ubiegłego wieku uważaliśmy za słabo rybne w stosunku do lat 70. czy 80., to robi mi się zwyczajnie smutno. Chciałbym dziś w Polsce łowić tyle ryb, co 20–25 lat temu! Ale to tylko jeden aspekt zagadnienia. Bo jest jeszcze niewątpliwa przyjemność, jaką sprawia to połączenie delikatnego i precyzyjnego łowienia ze śledzeniem reakcji ryb w czasie rzeczywistym. Istna gra komputerowa! Nic tak nie podnosi ciśnienia (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) jak widok ryby podpływającej do przynęty. Znają to uczucie muszkarze łowiący lipienie na suchara w krystalicznie czystych wodach, znają sumiarze kwoczący przy łodzi ze wzrokiem utkwionym w echosondę. Czemu by więc żałować sobie przyjemności także na lodzie? No, ale do rzeczy.
Foto 2

Jak żerują ryby (Marcin Wosiek)

Żerujący karp pływa nad dniem. Do jego zachowania bardzo pasuje pochodzące z gwary łowieckiej określenie „myszkuje”. Zagląda bowiem w jedno miejsce, wsadzi pysk w inne, kręci się i szuka j jedzenia. Gdy już coś znajdzie, zaczyna się akcja, gdyż karp ma bardzo specyficzny sposób pobierania pokarmu. Jego pysk wysuwa się, tworząc jakby ryjek, którym podejmuje z dna pokarm, zasysając go razem z osadami dennymi. Ryjek ten można zresztą zobaczyć, gdy wyjmie się karpia z wody. Widać wtedy dobrze, jak ryba pracuje pyskiem. Wracając jednak pod wodę, gdy karp zassie pokarm razem z np. mułem (a tak najczęściej bywa), to nie oznacza, że ten muł trafi do jego przewodu pokarmowego. Zdecydowana większość takich osadów jest przez rybę od razu wypluwana, a między jej zęby gardłowe ostatecznie dostaje się już raczej tylko sam pokarm. Dla wędkarza ta faza nie jest już jednak istotna. Znaczenie ma owo zasysanie i wypluwanie. Na nim opiera się zasada działania zestawu samozacinającego z przynętą na włosie. Wróćmy jeszcze raz pod wodę. Gdy karp chce zjeść przynętę, zasysa ją, a potem próbuje wypluć. Wtedy jednak prawidłowo związany zestaw sprawia, że odsłonięty w zestawie włosowym (na rysunku dalej) hak obraca się i zaczepia o dolną wargę ryby (jeszcze się w nią nie wbija). Karp czuje, że coś jest nie tak...
Foto 3

Okoń po czterdziestce (Michał Krzyżanowski)

Okonie tych rozmiarów są godną zdobyczą dla każdego podlodowca, a ich systematyczne łowienie świadczy o dobrym opanowaniu rzemiosła podlodowego. Najpierw jednak trzeba wyjaśnić to i owo. Otóż często się słyszy, że na jakiejś wodzie regularnie padają czterdziestaki, a tak naprawdę ryby te mają po 37, 38 czy 39 cm, tylko wędkarze je nieco wydłużają. To też ładna zdobycz, ale okoń 40-centymetrowy ma 40 cm i kropka. Przykładem wody znanej z takich właśnie prawie czterdziestaków było słynne na Mazowszu wyrobisko pożwirowe Gnojno. Okoni łowiono tu zimą sporo, często trafiały się sztuki w przedziale 35–40 cm, które właśnie co poniektórzy nazywali czterdziestakami. Więcej jakoś trudno było im urosnąć, mimo że ta woda miała potencjał. Tak przy okazji, Gnojno już się skończyło, jeśli chodzi o łowienie podlodowe. Pomijając sieci rybackie i kłusownictwo, wędkarze podlodowi rokrocznie zabierali stąd ogromną liczbę ryb, a zimą bardzo często takich okoni, z czasem podrosłyby do 40 cm i więcej – gdyby tylko dać im szansę, a nie przeznaczyć na patelnię. Obecnie Gnojno leczy rany, a od 1 grudnia do końca maja wędkowanie jest tu zabronione. I dobrze, może co niektórzy w końcu zrozumieją, że pazerność jest cechą ludzi krótkowzrocznych. Choć patrząc na to, co się dzieje z np. Siemianówką w powiecie białostockim, mam bardzo poważne wątpliwości.
Foto 4

Martwą rybką w rzece (Jacek Gorny)

O ile w okresach wiosenno-letnich i jesiennych łowienie w rzece metodami spinningową lub trollingową przynosi efekty, o tyle zimą już nie do końca. W rzece następują wtedy zmiany pod kątem ustawienia szczupaków i białorybu. Mniejsze ryby, takie jak płocie, leszcze i okonie, zaczynają spływać do najgłębszych dołów, tworząc duże zgrupowanie pokarmu dla esoksów, które to wykorzystują. One bowiem również podążają w kierunku tych głębokich miejsc i przez całą zimę w prosty sposób objadają się do syta. Prawdopodobnie duża dostępność pokarmu powoduje, że największe osobniki są trudne do oszukania sztucznymi przynętami. W Irlandii, gdzie łowię na co dzień, nie ma okresu ochronnego na szczupaki. Ryby po złowieniu przez wędkarzy są wypuszczane, więc nikt nie wprowadził takiego zakazu. Mało tego, Irlandczycy traktują zimę jako pełnię sezonu! Intensywnie zaczynają łowić szczupaki z początkiem października i kończą z nastaniem bardzo ciepłych dni, zwykle w maju. Trochę inaczej niż w Polsce, ale co kraj, to obyczaj... Ja nie poluję na szczupaki tylko w okresie tarła, bo uważam to za mało etyczne, mimo że prawnie dozwolone.
Foto 5

Topwater - kuzyn poppera (Jędrek "Emdżej" Chorążyczewski)

Jednym z częściej poruszanych tematów w gronie spinningistów, wywołujących niejednokrotnie burzliwą debatę, jest zagadnienie przynęt powierzchniowych. Jeszcze kilka lat temu nie były one aż tak znane szerokiemu gronu wędkarzy. Wynikało to raczej z braku dostępnej wiedzy na ich temat aniżeli z niskiej skuteczności. W momencie gdy pierwsze firmy w Polsce wprowadzały do produkcji bądź zaczęły oferować tzw. chlapacze, za oceanem święciły już one największe triumfy. Konstrukcje zaprojektowane specjalnie do łowienia bassów podbijały rynki całego świata. Ich różnorodność i mnogość materiałów, z jakich były wykonane, przechodziły ówczesne oczekiwania. Sam pamiętam, jak na początku nowego tysiąclecia mój kuzyn dostał paczkę z zagranicy, w której były niesamowite smaczki, nawet jak na dzisiejsze czasy, m.in. przynęty powierzchniowe amerykańskich producentów z logotypami znanymi z branży... spożywczej. To tylko pokazuje skalę i popularność tego typu wabików. W tym samym czasie, gdy gumowe powierzchniowe żaby, poppery czy inne amerykańskie wynalazki kradły serca wędkarzy w USA, po drugiej stronie Pacyfiku, w Kraju Kwitnącej Wiśni, ewolucja powierzchniowców szła w inną stronę.

Spis treści

Redakcja łowi
  • Zmiany na lodzie 6
  • Jak żerują ryby 12
  • Okonie po czterdziestce 16
Porady ekspertów
  • Zimowe pstrągi 20
  • Holandia moich marzeń 24
  • Podsumowanie sezonu 2019 28
  • Martwą rybką w rzece 32
  • Topwater – kuzyn poppera 36
Wędkarstwo podlodowe
  • Wielki leszcz dla cierpliwych 40
Od spławika do gruntu
  • Wpuszczony w kanał 46
Wędkarstwo karpiowe
  • Lac du Salagou – moje karpiowe wyzwanie 50
Za granicą
  • Kamczatka. „Kłamcy” w malinowym chruśniaku 54
Inne
  • Nowości Expert 2020 35
  • Nowości Jaxon 2020 39
  • Dragon i Strike Pro nowości 2020 59
  • Polecamy 60
  • W następnym numerze m.in. 64
Wędkarstwo karpiowe
  • HyperVision 1,2 MHz, czyli jak „sfotografować” swoje łowisko 44