Wydrukuj tę stronę

            Szczupaki w dobrej kondycji fot. archiwum autora
29
kwiecień

Szczupaki w dobrej kondycji

Napisał 

Tegoroczna zima i wiosna niewiele się od siebie różniły. W praktyce wyglądało to tak, jakby długo trwająca jesień zmieniła się od razu w przedwiośnie. To bez wątpienia wpłynęło na przyrodę. Szczupaki dużo szybciej przystąpiły do tarła, ale także inne ryby o wiele wcześniej zaczęły się uaktywniać. W związku z tym proces wielkiego wiosennego żarcia rozpoczął się również dużo wcześniej niż zwykle.

W poprzednich latach podczas tradycyjnego startu sezonu na szczupaki niekiedy trzeba się było liczyć z łowieniem ryb w końcówce tarła. Obecnie zaś wszystko wskazuje na to, że będziemy łowili ryby w bardzo dobrej kondycji, które będą już najedzone. Takie są moje przewidywania na rozpoczęcie sezonu majowego 2020. Co z tego wyjdzie – czas pokaże.
Ja już wyrosłem z łowienia szczupaków „na ilość”. Interesuje mnie bardziej ich jakość, czyli polowanie na okazałe sztuki, nawet kosztem liczby holi. W związku z tym skupiam się na poszukiwaniu dużych esoksów, unikając – na ile tylko mogę – łowienia tych małych. Jedyny chyba, sprawdzony zresztą od dawien dawna sposób, to selekcja przez używanie większych przynęt. Oczywiście, nawet duże wabiki są atakowane przez małe ryby i tego się nie uniknie, ale dochodzi do tego rzadziej niż przy stosowaniu małych przynęt. Zawsze powtarzam, że jeśli rzucimy gumę powiedzmy 10-centymetrową, to dużo prędzej wyskoczy do niej szczupaczek 40- czy 50-centymetrowy niż gruba mamuśka. Ta ostatnia nie jest tak żwawa jak samczy drobiazg, nie będzie tak szybko skakać do każdego kąska i tracić na niego energię. Bardzo chętnie natomiast zje właśnie tego czterdziestaka. 
Na starcie sezonu będziemy łowili dużymi przynętami, ale na płyciznach, i to do tego zarośniętych. Woda najszybciej się tam nagrzewa, gromadząc cały wodny drobiazg, do którego z kolei przypływają drapieżniki, w tym nasze krokodylowe mamuśki.
Można zapytać, o co chodzi z tymi zarośniętymi płyciznami? Słusznie. Nie chodzi tu o zielone pola trzcin czy liści grążeli, ale o resztki trzciny pościnanej jesienią, o łąki podwodne pełne zielska, trochę zgniłego, trochę już odradzającego się. W maju na bank będą się już rozgałęziały przy dnie młode pędy grążeli itp. W jeziorach nie jest tak, że całe zielsko jesienią opada, znika i nagle pojawia się latem. Te wszystkie płycizny, gdzie latem jest zielono, także w maju są już w różnym stopniu zarośnięte.
Nasuwa się pytanie, jak sobie w takich miejscach poradzić z dużymi przynętami? A na dodatek, żeby rzecz dodatkowo utrudnić, trzeba łowić najczęściej bardzo powoli i bardzo płytko. Przynęty powinny się czasem wręcz zawieszać w wodzie i pracować niemalże w miejscu. Choć maj to dla szczupaków czas wielkiego żarcia, to jednak bywa i tak, że są one już najedzone i tylko wygrzewają się na słońcu. No i teraz trzeba te ospałe ryby sprowokować. Jeśli takiej leniwej mamuśce przynęta szybko przemknie koło pyska, to nie ma mowy o ataku. Gdy natomiast taki kąsek, i to spory, będzie się bujać tuż przed nią dłuższy czas, to jest szansa, że się podniesie i kłapnie paszczą.
Dotarliśmy do sedna problemu, czyli do tego, jakie to powinny być przynęty. Od razu napiszę, że jest to mój subiektywny przegląd wabików. Każdy z Was może mieć inne doświadczenia i szanuję to. Ja piszę o tym, jak ja łowię i co mi się sprawdza. No, ale przejdźmy do konkretów.

Gumy

Na początek gumy. Duże, masywne i wywołujące mocną falę. Ostatnio wpadła mi w ręce guma Westin Bullteez. Gdy w lutym tego roku byłem na Rugii, łowiłem na bardzo, ale to bardzo płytkich wodach. Duże ryby stały tam na głębokości do 0,5 m i musiałem w jakiś sposób poprowadzić przynęty, aby nie ryć dna. Wygrzebałem z pudełka owego Bullteeza i uzbroiłem go wkręcanym systemikiem z dwoma kotwicami wbijanymi od dołu. Tak uzbrojoną gumę mogłem prowadzić praktycznie przy samej powierzchni. Jej własny ciężar wystarczał do rzucania i poprawnej pracy. Oczywiście, żeby łowić głębiej, to można podpiąć do niej czeburaszkę lub pozwolić nieco zatonąć. Tego typu guma – gruba, mięsista i okrągła – jest do takiego zbrojenia bez ciężarka wręcz stworzona. Gumy o przekroju poprzecznym płaskim nie nadają się do tego ze względu na wykładanie się lub obracanie. A stosowany przeze mnie wtedy wabik przy – co bardzo istotne – wolniutkim zwijaniu pracował bardzo agresywnie, waląc ogonem i lusterkując bokami, przekręcając się raz w lewo, raz w prawo. Żadnych fikołków, tylko stonowane połączenie pracy woblera i rippera. Na Rugii było wtedy akurat bardzo ciężko z rybami, a ta właśnie guma otworzyła mi w pewnym momencie wodę i dała ryby, które wcześniej nie chciały współpracować. Sprawdziły mi się modele o długości zarówno 18, jak i 24 cm.
Podsumowując, na takie łowisko potrzebna jest guma duża, mięsista, w przekroju poprzecznym w przybliżeniu okrągła i bujająca się na boki wraz z zamiataniem ogonem. Tyle o gumach. A inne przynęty?

Wahadłówki

Kolejnymi przynętami, którym według mnie warto dać szansę, są – a jakżeby inaczej – wahadłówki. Twardo stoję na stanowisku, że te przynęty mają niezwykłą skuteczność i robią cuda, trzeba się tylko nauczyć je prowadzić. W tym przypadku chodzi o wahadłówki lekkie, ale duże, wielkości dłoni. Podczas zwijania tworzą wyjątkowo mocną falę hydroakustyczną, która w wodzie potrafi podnieść ospałego drapieżnika. Bardzo dobrze pracują w opadzie. Opiszę fajny trik związany z wahadłówką. Przyspieszam pracę błystki przez mocne pociągnięcie szczytówką do góry, a ona wpada w ruch wręcz obrotowy, a ja w tym momencie przestaję zwijać. Blacha opada, migocząc i powoli się kręcąc. Znów zaczynam zwijać, aby blacha kolebała się wahadłowo, tak jak tradycyjnie powinna pracować, po czym przerwa, przyspieszenie i znów opad. Takie kombinacje można i trzeba stosować w różnych wariantach. Przy dużych wahadłówkach jest to bardzo dobra rzecz.

 

 

Obrotówki

Jeśli mowa o falach hydroakustycznych, to nie sposób nie wspomnieć o obrotówkach. Ja mam takie, które są wręcz wielkie, ręcznie robione. Można rzecz jasna kupić seryjnie produkowane. Posiadane przeze mnie modele są praktycznie pozbawione obciążenia, mają bardzo cienkie skrzydełka i plastikowe koraliki zamiast korpusów. W wersjach na nieco głębsze wody koraliki są wykonane ze szkła. Te pierwsze można za to poprowadzić niezwykle płytko, np. nad darnią zalanej wiosną łąki czy nad zalanymi resztkami ściętych jesienią trzcin. Od razu jednak napiszę, że te obrotówki mają jeden wielki minus, a jest nim odległość rzutu. Rzuca się nimi dość marnie, dlatego używam ich wtedy, gdy pomaga mi wiatr wiejący w plecy. Rzucam wówczas z łodzi w stronę brzegu. Jeśli natomiast jest wiatr boczny albo w twarz, to o łowieniu lekkimi wirówkami nie ma mowy. Niemniej jednak warto je mieć w swoim pudełku, bo potrafią podnieść rybę.

 

Mucha spinningowa

Duża mucha szczupakowa to coś, co zawsze powinno się mieć i w maju stosować. Dla porządku podkreślę, że jest to mucha w wersji spinningowej, niewymagająca specjalnego kija i linki muchowej. Ja ją wykonuję w ten sposób, że biorę spidolino w wersji intermedialnej, oklejam paskami skóry z sierścią królika i innymi materiałami do robienia much typu zonker i dodaję na kotwicy dragon fly’a. Opisywałem już w przeszłości oba te wynalazki, tu więc ograniczę się do podkreślenia, że tak sporządzona przynęta pracuje bardzo dobrze, zawieszając się w toni. Nie ma obawy o zasięg rzutów, bo zarówno pocięte w paski futerko królika, jak i dragon fly dobrze nasiąkają wodą, a przez to robią się ciężkie. Wystarczy zamoczyć przed pierwszym rzutem, aby przynęta nabrała lotności. Zarzucam, zatrzymuję zwijanie w wybranym miejscu. Mucha sobie wolniutko tonie, a ja tylko ożywiam ją ruchami szczytówki. W rytm podciągania ona zaczyna się „puszyć”, po prostu pracuje w miejscu. Nadaje się do bardzo długiej i bardzo powolnej prezentacji daleko od wędkarza i na bardzo płytkiej wodzie.

 

Jerki

Długa prezentacja oznacza powrót z kolei do standardów, bez żadnych wynalazków. Nie sposób pominąć tu jerki. W tej grupie przynęt doskonale są znane takie klasyki, jak Slider czy Sweeper, co do których oczywistą rzeczą jest ich łowność. Tu znów wrócę do wyjazdu na Rugię i testów różnych nowych wabików, jakie ze sobą zabrałem. Wśród nich był Westin jerk Swim w wersji suspending. Z pozoru normalny plastikowy jerk o kształcie wręcz klasycznym. Wyposażony w system kulek, który sprawia, że bardzo fajnie się nim rzuca i pięknie pracuje. W mojej opinii jest przeznaczony również dla tych wszystkich, którzy nie przepadają za stosowaniem multiplikatorów, ponieważ bardzo ładnie pracuje przy normalnym zwijaniu. Nie trzeba szarpać szczytówką jak podczas łowienia tradycyjnymi jerkami. Tu wystarczy praca kołowrotka. Przy trochę szybszym podkręceniu odjeżdża na boki, kolebiąc się. Taka praca przynęty nie wymaga od wędkarza wiele wysiłku. Spodoba się tym, którzy w jerkowaniu stawiają dopiero pierwsze kroki i nie mają opanowanych klasycznych technik prowadzenia. Wystarczy kilka rzutów, aby jerka wyczuć i nauczyć się prowadzić. Potrzebne są tylko mocna wędka i kołowrotek (przynęta ta waży 53 g).

 

Cast czy nie cast

Jeśli chodzi o mnie, to nie jestem jakimś zawziętym castingowcem i nie stosuję „casta” wszędzie, gdzie się da, i na wszelkie ryby. Niemniej jednak do obsługi wszystkich wyżej opisanych przynęt używam wędki castingowej. Przede wszystkim dlatego, że przy zastosowaniu multiplikatora jestem w stanie takimi dużymi przynętami osiągnąć zadowalające mnie odległości. Dalej, grubość plecionki nie będzie wpływać na odległość rzutu. Łowiąc w miejscach wręcz hardkorowych, takich jak zalane pościnane trzciny z 20–30 cm wody nad nimi, trzeba mieć grubą plecionkę, aby wyrywać przynęty z zaczepów. A potem, żeby z tych zaczepów wyciągnąć dużą rybę. Ciężki zestaw castingowy jest tu więc jak najbardziej wskazany.
Tych wszystkich, którzy za takimi ciężkimi zestawami castingowymi nie przepadają, z czystym sumieniem informuję, że można sobie poradzić zwykłym mocnym zestawem spinningowym. Większość dostępnych na rynku spinningów sprawdzi się świetnie, ale uwaga na kołowrotki. Tu już są bardzo duże obciążenia i młynki dostają bardzo w kość. W związku z tym kołowrotek musi być mocny, przystosowany do łowienia na ciężko. Wszelkie kołowroteczki przeznaczone do łowienia finezyjnego po prostu szybko zniszczymy. Koniecznie zwróćcie zatem uwagę na to, jakim sprzętem dysponujecie, zanim wybierzecie się na duże szczupaki z płycizn.

 

Paweł Mirecki

Z zamiłowania publicysta wędkarski, za punkt honoru stawia sobie zadanie szerzenie rzetelnej wiedzy o naszym hobby i popularyzowanie jego mniej znanych a godnych uwagi form. WMH jest już kolejnym projektem, jaki realizuje w tym zakresie. Doskonały spinningista, miłośnik łowienia wszystkich drapieżników ale przede wszystkim ryb łososiowatych w każdych warunkach - od pstrągów z małych strumieni, przez trocie i łososie w bystrych rzekach i z morskiego brzegu po pełnomorski trolling łososiowy. Chętnie sięga po muchówkę i wędkę podlodową, a czasem także feeder. Wędkarski obieżyświat, któremu nie straszne są ani rzeki łososiowe północnej Rosji czy Islandii, ani tropikalne wody mórz południowych. W Polsce łowił już chyba wszędzie, a na pewno we wszystkich bardziej znanych łowiskach rzecznych i jeziorowych. W ostatnich latach często łowi na Bałtyku.  Autor setek publikacji w prasie wędkarskiej.

Artykuły powiązane