Wydrukuj tę stronę

            Jazie –  wiosenne wyzwanie Fot. autor
29
marzec

Jazie – wiosenne wyzwanie

Napisane przez  Marek Forycki

Długo oczekiwane wiosenne słońce swoimi promieniami budzi wszystko, co żywe, po zimowym śnie. W wodzie do akcji wkraczają jazie...

Mimo że temperatura a marcu na ogół nie rozpieszcza, gdzieniegdzie możemy znaleźć resztki śniegu, a na niepokrytych białym puchem powierzchniach dominują odcienie szarości, już czuć, że idzie wiosna. Widzimy, jak pąki drzew nabrzmiewają, a świeża zieleń traw zaczyna się przebijać spod suchego kożucha zeszłorocznej roślinności. W miejscach bardziej nasłonecznionych zakwita podbiał. W wodzie też zaczyna się coroczny cykl i nadchodzi czas połowów dorodnych jazi, które płynąc w górę rzeki, intensywnie żerują, aby zapewnić sobie energię na okres tarła. Te pięknie ubarwione ryby grupują się w miejscach, gdzie jest pokarm, i urządzają sobie rozpasaną biesiadę. W zależności od stanu wody poszukujemy ich żerowisk przy burtach, na końcówkach płani lub na zakolach.
Od kilku lat łowię jazie na lekki spinning. Zaczynałem od wędki 2,70-metrowej o ciężarze wyrzutu do 10 g i kołowrotka wielkości 20. Postawiłem na lekkość zestawu, ale musiałem się z tego wycofać. Metodą prób i błędów dobrałem sobie zupełnie inny sprzęt. Teraz korzystam z wędki długości 2,28 m, która dobrze ładuje się woblerkami o masie 3–5 g i ma duży zapas mocy. Ponieważ łowię na żyłkę 0,14-milimetrową, w momencie holu ryby wskazane jest, aby kij miał akcję paraboliczną, dzięki czemu idealnie zamortyzuje walkę ryby w nurcie rzeki. Jest to bardzo ważne, gdyż jaź ma bardzo delikatny pyszczek, który z łatwością można przeciąć małą kotwiczką, co przy źle dobranym zestawie spowoduje, że ryba spadnie podczas holu. Często jako przyłów trafia się dorodny boleń i zapas mocy jest wtedy niezbędny, choć i tak niejednokrotnie jesteśmy bezradni. 



Aby wyholować sporej wielkości rapę i nie stracić swojego ulubionego woblera, nierzadko jesteśmy zmuszeni do karkołomnego biegu za oddalającą się rybą, z którą łączy nas jedynie cienka żyłeczka. Do szczęścia potrzebny jest jeszcze kołowrotek z szeroką szpulą zapewniający długie i celne rzuty. Kręciołek musi mieć oczywiście precyzyjny i niezawodny hamulec.
Jaź jest rybą ostrożną, więc zachowujemy się cicho, staramy się ukryć lub tak ustawić, aby nasz cień nie padał na lustro wody, którą obławiamy. Podczas wędkowania wodery są niezbędne, gdyż ułatwią nam podchody i podbieranie ryby.Gdy zlokalizujemy już miejsce stacjonowania jazi, postarajmy się tak zająć stanowisko, aby nie spłoszyć stada. Obławiajmy jak największy fragment wody, rzucając pod kątem 45 stopni z prądem rzeki. Prowadząc wobler, cały czas kontrolujmy jego pracę.
W ubiegłym roku pewnego marcowego popołudnia coś mnie tknęło, aby kolejny raz sprawdzić znane mi żerowiska jazi na górnej Wiśle. Po 35 min byłem u celu. Zaparkowałem samochód, wyciągnąłem wędkę z pokrowca i zmontowałem zestaw. Na agrafkę zapiąłem jeden ze swoich sprawdzonych woblerów jaziowych. Do kieszeni kamizelki włożyłem pudełko z tzw. pewniakami oraz nowymi przynętami, które dostałem od kolegi Mariusza. Nad wodą nie było nikogo. Powoli i „na paluszkach” zbliżałem się do brzegu rzeki. Zająłem miejsce dogodne do dokonywania dalekich rzutów. Ustawiłem statyw i zamontowałem aparat fotograficzny. Zacząłem obserwować łowisko. Po kilku minutach zobaczyłem pierwsze oznaki obecności jazi, co spowodowało oczywiście mocniejsze bicie serca. Wykonałem pierwszy rzut, ale woblerek spływał spokojnie; czułem jego pracę, brakowało jednak tego, na co z niecierpliwością czeka się za każdym razem, czyli zaatakowania imitacji rybki przez jazia. Wykonałem kilka kolejnych rzutów, zauważając, że ryby w łowisku są, ale omijają moją przynętę. Postanawiam założyć nowy, ciemniejszy model woblerka zrobiony przez Mariusza.

W trzecim rzucie miałem lekkie puknięcie i po chwili poczułem, jak wędka się ugina, a pod powierzchnią wody w miejscu, gdzie znajdowała się przynęta, powstał wir. Lekko dociąłem. Ryba energicznie płynęła z prądem rzeki, po chwili się zatrzymała, ale tylko na moment, i ponownie z dużym impetem ruszyła, wykorzystując nurt wody. Wędka mocno się wygięła, a kołowrotek oddawał naprężoną do granic wytrzymałości żyłkę.
Emocje sięgały zenitu, wyobraźnia działała, ale walka się jeszcze nie skończyła. Ryba robiła co chciała, a ja jedynie kontrolowałem jej poczynania. Woda była podniesiona, więc prąd był dość silny. Po kilku minutach jaź powolutku słabł i pozwalał się podholować w kierunku podbieraka, lecz gdy tylko próbowałem go podebrać, dokonywał desperackiego zrywu. Tylko dzięki amortyzacji wędziska i dobrze ustawionemu hamulcowi nie udało mu się zerwać cienkiej żyłki. Za drugim podejściem jaź wylądował w podbieraku – piękny okaz. Zrobiłem kilka fotek i delikatnie wypuściłem rybę do Wisły. Emocje opadały powoli.
Udane zwabienie i wyholowanie ryby zawsze jest tym, o czym marzymy przy każdym podaniu wabika.