Wydrukuj tę stronę

            Potokowce bardzo lubią dżdżownice. Potokowce bardzo lubią dżdżownice. Fot. autor
06
marzec

Pstrąg na imitację dżdżownicy

Napisane przez  Jacek Gorny

W rzekach, gdzie pstrągi przeżyły już wszystko i kolejnego woblera tylko odprowadzają, trzeba coś zmienić. Należy zastosować przynęty, które będą nowe, ale jednocześnie dobrze znane rybom. Takimi wabikami będą imitacje robaków będących codziennym pożywieniem kropkowańców.

Kiedyś czytałem opracowanie na temat rozpoznawania przez pstrągi pokarmu i czasu, w którym zaczynają kojarzyć go z jedzeniem. Wszelkie jętki i owady musiały pojawiać się dość długo, nim potokowiec zaczął na nich żerować. Rosówka natomiast zawsze była rozpoznawana natychmiast i zjadana błyskawicznie. Jeszcze coś utkwiło mi w pamięci z tego artykułu, a mianowicie to, że do robaka pstrąg podpływał z najdalszej odległości w stosunku do innych organizmów, które niosła woda. Jak widzicie, robak ma wiele zalet! Jak więc zabrać się do łowienia tą przynętą? Już piszę!
Zacznijmy od samych imitacji robaków. Jest ogromna liczba dostępnych modeli. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zwykle używam przynęt nasączonych atraktorem smakowym bądź zapachowym. To bardzo ważne, gdyż pstrąg jest szybki i jeśli coś mu nie podpasuje, to natychmiast wypluje wabik. Przynęty zbroję w główki, które sam wykonuję. Robię je na hakach muchowych z główką wolframową. Haczyki są w rozmiarach 8–4, a wolframowe główki od 2,5 do 5,5 mm. Wykonane główki ważę i opisuję na pudełku, dzięki temu mogę precyzyjnie dobrać właściwy ciężar. Do wyboru mam kilka kolorów główek. Najczęściej używam czarnych i miedzianych, ale korzystam też z seledynowych, czerwonych, pomarańczowych i srebrnych. Generalnie warto poeksperymentować z zestawieniem główka/przynęta. Zdarza się, że pstrągi najlepiej reagują na barwy, które w naturze nie występują. Odpowiedni rozmiar dobieram do każdego stanowiska indywidualnie. Zasada jest prosta. Przynęta ma się zachowywać w wodzie dokładnie tak samo jak robak niesiony prądem wody. Nie można przesadzić z obciążeniem, ale i nie powinno być za lekko. Idealnie jest, jak prąd wody „rządzi” wabikiem. Raz go popchnie na samo dno, a za chwilę lekko wyniesie w górę, by ponownie zepchnąć w dół. Tak prowadzona przynęta jest chętnie zjadana przez kropkowane ryby.



Zbrojenie przynęty jest bardzo ważne. Robaki nie mają własnej pracy, więc trzeba im nadać właściwy ruch. Ja stosuje dwa sposoby zbrojenia. Pierwszy polega na standardowym nadzianiu gumki na główkę, ale hak musi wystawać troszkę dalej więcej niż w normalnej przynęcie typu twister czy ripper. Chodzi o to, aby robak był lekko zagięty. Dzięki temu podczas minimalnego podciągania wędziskiem będzie się pięknie poruszał w wodzie, kolebiąc się i wywracając. W połączeniu z nurtem rzeki można uzyskać niesamowity efekt do złudzenia przypominający prawdziwego robaka, który wije się w wodzie niesiony jej prądem. Do takiego zbrojenia używam najczęściej haka numer 6 lub 4 (w zależności od długości gumki).
Drugi sposób zbrojenia robaka jest nieco dziwaczny. Prawdopodobnie przywędrował do nas zza oceanu. Tam stosowany jest powszechnie do łowienia bassów. Imitację i robaka zbroi się dokładnie w połowie. Używam do tego haka w rozmiarze 8. Na pierwszy rzut oka wygląda to dość osobliwie... Ma się wrażenie, że pstrąg szybciej ucieknie niż to zje, ale nic bardziej mylnego! Takie zbrojenie pozwala nadać przynęcie bardzo ciekawy ruch. Podszarpując delikatnie szczytówką, „ożywiamy” gumę, na co ryba reaguje łapczywym chwyceniem, tak że najczęściej całą przynętę ma w pysku. Aby jednak tak się stało, trzeba ją w odpowiedni sposób zaprezentować. Czas więc na omówienie techniki „turlania robala”.

Prowadzenie sposobem nr 1. Jak wspomniałem, należy sprawić, aby to nurt rzeki „rządził” wabikiem. Jak to zrobić? W przypadku wabików zbrojonych pierwszym sposobem dobieram odpowiednią główkę i rzucam lekko pod prąd. Przynętę naprowadzam na potencjalne stanowisko ryby, korzystając z nurtu. Wystarczy, że chwilę popatrzę na miejscówkę i zaraz wiem, gdzie rzucić. Generalnie cały ruch wabika nadaję wędką, kołowrotkiem kasuję tylko ewentualny luz na żyłce. Przypomina to łowienie na daleką nimfę, tylko zamiast wędki muchowej w ręku mam spinning. Zagiętego robaka delikatnie podciągam „na dwa” kilka centymetrów do góry i cofam wędzisko w stronę przynęty, tak aby zabrał ją nurt. Po 2–3 s ponownie podciągam. Tak prowadzę przynętę aż mnie minie i znajdzie się poniżej mojego stanowiska. Wędzisko cały czas wędruje za nią, czyli najpierw jest skierowane w górę rzeki, a na końcu prowadzenia szczytówka jest już ustawiona z nurtem w dole miejscówki. Kończę prowadzenie w momencie, w którym nurt wypycha mojego robaka la do powierzchni wody i cały zestaw wyraźnie się napina.
Drugi sposób prowadzenia zarezerwowany jest dla glizdy, którą zbroję w pół. Kierunek rzutów i cała procedura podążania wędziskiem za przemieszczającą się przynętą są dokładnie takie same jak w przypadku pierwszego zbrojenia. Różnica polega na nadaniu bardziej intensywnych ruchów szczytówce wędziska. W praktyce robię to tak: po wpadnięciu przynęty do wody pozwalam jej opaść w pobliże dna i bardzo szybkimi, ale jednocześnie bardzo krótkimi ruchami szarpię ją tak, aby oba końce robaka intensywnie wiły się możliwie na wszystkie strony. Gram tak wabikiem na dystansie ok. 30 cm i pozwalam mu opadać, robiąc jednocześnie przerwę. Czekam, aż przepłynie ok. 50 cm i ponownie „delirka”. Główka musi być tak dobrana, aby przynęta poruszała się cały czas w okolicy dna.
Obie techniki są dość proste. Ciężar główki jest kluczowym elementem, więc trzeba się starać idealnie go dobrać. Początkowo robiłem to metodą prób i błędów, ale po kilku razach szybko nauczyłem się dopasować odpowiedni rozmiar do panujących warunków. Pierwsze próby warto robić w dniach bezwietrznych. Łatwiej wtedy wszystko dopracować. Jeszcze jedno. Zacinać trzeba z lekkim opóźnieniem. Po wyczuciu brania przytrzymujemy wędzisko przez sekundę i dopiero tniemy. Dzięki temu hak będzie pewniej wbity.