Wydrukuj tę stronę

            "Po ciebie tu przyjechałem..." "Po ciebie tu przyjechałem..." J. Przetacznik
06
grudzień

Brzany z Krainy Jeży

Napisane przez  Mariusz Aleksandrowicz

Tytułowa Kraina Jeży to region Ross-on-Wye w Wielkiej Brytanii, dokąd autor wraz z kolegami wybrał się na... brzany. 

„Wśród ryb są one najdzielniejsze i najwytrwalsze. Stale płyną pod prąd, praktycznie bez przerwy w nim przebywają i dlatego są odporne i silne. Pyszczkiem wywracają kamienie, pod którymi szukają raczków i innego drobiazgu na żer. Mają mocne płetwy i walcowate ciało, wyglądają jak samoloty naddźwiękowe”.(Ota Pavel, Śmierć pięknych saren).

Od kilkunastu lat niczym koziołek ze znanej opowieści błąkam się po całym świecie w poszukiwaniu najbardziej egzotycznych ryb. Mimo że zmierzyłem się już z kilkudziesięcioma najróżniejszymi gatunkami – jeden wciąż pozostawał w sferze niespełnionych marzeń. I wcale nie były to pyzata arapaima ukryta pod korzeniem sucupiry czy bezwzględny niczym birmański partyzant wężogłów. Obiekt moich westchnień był bardziej prozaiczny, gdyż była nim nasza rodzima brzana. Mieszkam na północy Polski, gdzie ten wąsaty amator słoniny i nieświeżego sera nie występuje, a znany jest mi od początku wędkarskiej kariery jedynie z branżowej prasy i opowieści wędkarzy. Pierwszą i jedyną próbę złowienia tej ryby ą podjąłem kilkadziesiąt lat temu (jak ten czas leci) jako jedenastoletni adept sztuki machania kijem. Wyczytałem, że najbliższym od sopockiego molo miejscem jej występowania jest rzeka Drawa. Przez cały wieczór suszyłem ojcu głowę, w nocy moczyliśmy ser w niehomogenizowanym mleku, a rano ruszyliśmy na weekendowy brzanowy wypad.
Niestety, mimo że dwa dni od świtu do zmierzchu spędziliśmy nad brzegami urokliwej Drawy, nie zanotowaliśmy nawet brania. I tak niespełnione marzenie odeszło do lamusa na następne kilkadziesiąt lat (jak ten czas leci), aż do kolejnego, tym razem udanego weekendu.
Przy śniadaniu niby mimochodem powiedziałem do żony:
- Na weekend wybieram się z chłopakami na ryby.
- Znowu… dopiero co wróciłeś z Mongolii. Gdzie jedziecie? Nad Wisłę?
- Nie, chcemy wyskoczyć do Anglii na brzany.
- Do Anglii na weekend? To się opłaca? Zdążycie tylko dojechać i trzeba będzie wracać.
- Lecimy w środę wieczorem, a w niedzielę rano będziemy już w domu.
- A od kiedy weekend zaczyna się w środę? – powiedziała i spojrzała na mnie takim wzrokiem, że ostatni kęs kanapki zastygł mi w gardle na wiele godzin.


Do tego wyjazdu przygotowywałem się potajemnie od dłuższego czasu. Przeglądałem Internet w poszukiwaniu najlepszego brzanowego łowiska w Europie. Wybór padł na rzekę Wye na pograniczu Anglii i Walii. Niestety, jedyną dopuszczoną metodą łowienia była gruntówka. Moja znajomość tej metody zakończyła się wkrótce po ostatniej drawskiej wyprawie (jak ten czas leci).
Na tę okazję kupiłem 5-częściowego feedera, składane krzesełko z regulowaną długością nóżek, podbierak z 3-metrową sztycą i całą masę koszyczków zanętowych, przyponów oraz przyrządów, o których istnieniu nie miałem wcześniej zielonego pojęcia. Gruntówka była mi zupełnie obca, a czasu choćby na jeden trening nad wodą nie znalazłem. Moje przygotowania były więc czysto teoretyczne. W „Wędkarstwie moje hobby” przeczytałem kilka artykułów, obejrzałem parę filmów i nawet parokrotnie pozwoliłem sobie zadzwonić do znanego redaktora tejże gazety, zadając mnóstwo pewnie banalnych z jego perspektywy pytań. Na wszystkie otrzymałem rzeczowe odpowiedzi, co sprawiło, że poczułem się zwarty i gotowy.
O umówionej godzinie zameldowałem się na lotnisku, gdzie czekali już na mnie dwaj przyjaciele, których udało mi się namówić na ten – jak sami mówili – dziwaczny i bardziej towarzyski niż wędkarski wyjazd. Nie muszę dodawać, że moi kompani o metodzie gruntowej wiedzieli znacznie mniej ode mnie. Choć przed wyjazdem wysłałem im sporo linków do przeczytania o łowisku i samej metodzie, już po kilku pierwszych pytaniach, przypominających te zadawane Clevingerowi przez nowych żołnierzy w Paragrafie 22 Josepha Hellera („Kim była Hiszpania?” „A po co jest Hitler?”), można było wywnioskować, że zadania domowego nie odrobili.
- A gdzie właściwie jedziemy?
- Co to za rzeka?
- A są tam lipienie albo pstrągi?
Okazało się również, że Janek zabrał ze sobą tylko dwie muchówki, a Karol górę swojskiej kiełbasy i kilka butelek przezroczystego płynu.


Wye to piąta co do wielkości rzeka Królestwa Wielkiej Brytanii o długości 210 km. Znacząca jej część objęta jest ochroną jako obszar o wybitnym pięknie naturalnym. I rzeczywiście, dolina rzeki jest urzekająca, woda wije się przez urokliwe pola i łąki porośnięte pojedynczymi, wiekowymi dębami i lipami. W dali widoczne są zalesione góry i pagórki (jak widać, nie wszystkie lasy w Anglii zostały wycięte na paliwo do parowców). Rzeka jest bardzo zadbana, a rybostan bogaty. Dominującym gatunkiem jest brzana, której towarzyszą opasłe klenie, licznie występujące, nierzadko dwucyfrowe szczupaki i łososie oraz – węgorze. W górze rzeki lipienie i pstrągi (pytanie Janka okazało się więc jak najbardziej słuszne) Specyficzne regulacje prawne dotyczące wędkowania sprawiają, że ryb jest mnóstwo. Można łowić jedynie na jedną wędkę, stosować haczyki bezzadziorowe, a każdą zdobycz bezzwłocznie wypuścić (zakaz stosowania siatek do przechowywania ryb). Rzeka podzielona jest na różnej długości odcinki, na które sprzedawane są dzienne licencje w ograniczonej liczbie. Na jednym odcinku może łowić zazwyczaj od 2 do 4 osób w zależności od długości. Kupując licencję, mamy więc pewność, że nad wodą nie będzie tłoku i że będziemy mieć do dyspozycji swój „prywatny” kawałek wody. Jedyną zmorą wędkarzy (skąd my to znamy) mogą być kajakarze (narodowa pasja wyspiarzy), ale i ten problem został w kompromisowy sposób rozwiązany (to jest możliwe!). Otóż nad wodą w okolicach przystani stoją tablice informujące, że kajakiem wolno spływać w od 10 do 16, ponieważ pozostałe godziny to czas intensywnego żerowania ryb i nie można przeszkadzać wędkarzom.
Późnym wieczorem wylądowaliśmy w Birmingham, skąd wynajętym autem ruszyliśmy w godzinną drogę do hrabstwa Herefordshire i miasteczka Ross-on-Wye położonego nad brzegiem naszej rzeki. Osiedlający się w tym urokliwym zakątku wyspy już 1500 lat temu Celtowie nadali pierwotnej osadzie nazwę Ergyng, czyli Kraina Jeży, a 15 wieków później zamieszkujący te okolice nasi rodacy nazywają miasteczko zwyczajnie Rosją…
Zamieszkaliśmy w pensjonacie w staroangielskim stylu. Z głośników niemal bez przerwy płynęły dźwięki muzyki Dvoraka, Haydna i Czajkowskiego. Hrabstwo znane jest nie tylko z licznej populacji brzan, ale pewnie bardziej z Herefordshire Cider. Ten cydr to coś na kształt musującego wina z jabłek, produkowanego tu w ogromnej różnorodności. Najpopularniejsze marki to Woodpecker i Strongbow, ale zdaniem smakoszy najlepsze są produkty niszowe, niepasteryzowane... cloudy – jak sami mawiają. Samo miasteczko Ross on Wye sprawia wrażenie, że czas zatrzymał się tu przed wiekami. Kamienne domy porośnięte mchem, wąskie brukowe uliczki, fragment murów miejskich z okrągłą basztą – pamiątką po dawnych umocnieniach. Nad miastem góruje przeszło 60-metrowa iglica kościoła pod wezwaniem Maryi Dziewicy, w którym na wieczny spoczynek złożono tu kilka pokoleń przedstawicieli rodu Rudhall. Gdy w końcu zaczęło robić się ciasno, jednego z nich pochowano na stojąco.
Wróćmy jednak do ryb. O świcie meldujemy się nad rzeką, do której droga we mgłach prowadzi przez mroczny staroceltycki cmentarz. Nieopodal kryje się w lesie Jaskinia Króla Artura (Little Doward Hill), gdzie według legendy znajduje się Okrągły Stół, a może nawet jest tam miejsce królewskiego pochówku. Sprawdzić tego jednak nie mamy czasu z wiadomych względów.


Pora na debiut z feederem w ręku. Rozrabiamy zanętę. Na włos zakładam pellet halibutowy o średnicy 15 mm, który dodatkowo oklejam pastą krylową. Do koszyczka pakuję zanętę o zapachu czosnku z serem, a na haczyk „kiełbaskę” z siatki PVA wypełnioną mieszanką pelletu o średnicy 2, 4 i 6 mm. Uciąg jest bardzo silny, woda nieco podniesiona i trącona (czy to dobrze dla brzan, nie mam zielonego pojęcia). Koszyczek 80-gramowy niestety nie daje rady, więc zastępuję go cięższym (120 g). Cały zestaw waży kilkaset gramów i rzucić czymś takim do wody, na dodatek celnie i bez splątania, graniczy niemal z cudem. Cuda jednak się zdarzają.
Na pierwsze branie nie czekamy długo, niestety zostaje najzwyczajniej spartolone. Drugie kończy się urwaniem zestawu, który najpewniej koszyczkiem zaklinował się w podwodnych skałach. Trzecie jest tak silne, że wyrywa wędkę z widełek. Ryba zacina się sama i ciągnie jak lokomotywa. Daję jej odejść na kilkanaście metrów, wiem z literatury, że pierwszy zryw jest najsilniejszy. Holuję ostrożnie, za plecami mam już Karola z długaśnym podbierakiem, do którego po chwili wprowadzam swoją pierwszą angielską brzanę, swoją pierwszą brzanę w życiu. Ryba ma ponad 60 cm. Patrzę jej głęboko w oczy, robię zdjęcie i wypuszczam.
- Po ciebie tu przyjechałem – mówię sam do siebie, drżącymi rękami pakując zanętę do koszyczka.
Kolejną rybą był ponad 50-centymetrowy kleń. Gdy go holowałem, Karol w tym samym czasie uwalniał z haczyka przyzwoitego węgorza.
Rzeka Wye okazała się dla nas łaskawa, choć brytyjska pogoda mniej. Niemal przez cały czas lało. Przemoczony do suchej nitki Karol pod koniec pobytu skomentował poirytowany wyspiarską aurę – tu się nie da żyć.
Ostatecznie w ciągu dwóch dni, właściwie w dwie osoby (łowienie Janka na muchę się nie liczy!) pokonaliśmy 15 brzan, w tym 4 ryby powyżej 70 cm. Wiele wąsali nie zacięliśmy, kilka straciliśmy z przyponami. Jak na pierwszy raz chyba nieźle. Marzy się, abyśmy i w Polsce doczekali się takich łowisk. Co musi się wydarzyć, ile wody upłynąć w Wiśle? Nie wiem, ale z pewnością jest to możliwe.


Koszty:

- bilet z Polski do Birmingham i z powrotem – ok. 450 zł,
- licencja dzienna na rzekę Wye w zależności od odcinka – 20–25 £,
- nocleg w okolicy rzeki – 20 £,
- wynajęcie auta na lotnisku na 4 dni (w segmencie D) – ok. 500 zł,
- paliwo – 120 zł,
- jedzonko można zabrać ze sobą z Polski.
Tak więc w przypadku grupy 4-osobowej za 4-dniowy wypad zapłacimy w wariancie ekonomicznym ok. 1200 zł na głowę.
W miasteczku Ross on Wye znajduje się doskonale zaopatrzony sklep wędkarski, w którym można kupić wszystkie niezbędne akcesoria, zanęty i przynęty.

Fot. J. Przetacznik