Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Czas jesiennego sandacza

2009-09-11

Jak co roku ryby w rzece zaczęły wyścig z czasem. Muszą zdążyć zgromadzić zapas tłuszczu na zimę, która dla sandaczy oznacza również czas zawiązywania ikry. Muszą więc atakować każdą zdobycz, jaka im się nawinie. Są bardzo głodne i agresywne.

Dla spinningistów to znakomita okazja do złowienia okazałych drapieżników, które w lecie ignorowały wymyślne techniki i przynęty spinningowe. Teraz, żerując intensywnie, same wystawiają się na łup sprawnego wędkarza.


ZNAKI NA WODZIE

Najtrudniejsze zadanie stoi przed wędkarzami rozpoczynającymi sandaczową przygodę. Staną oni bowiem nad nieznaną rzeką i, bezradnie się rozglądając, zapewne wybiorą pierwsze z brzegu łowisko. No bo cóż im pozostanie, skoro sandaczowe repy proszeni o radę milczą jak zaklęci, a nad wodą nie ma tablic informacyjnych: „Tutaj są sandacze, a 100 m dalej szczupaki”. Jakkolwiek to brzmi, zabawnie czy naiwnie, tablice umożliwiłyby wielu wędkarzom złowienie pierwszego sandacza. Gdzie zatem szukać sandaczy? Większość rzek ma brzegi modernizowane przez człowieka, co tworzy nowe łowiska, dość ciekawe i nietrudne technicznie. A sandacze bardzo lubią takie miejsca. Niedoświadczony spinningista, szukając łowisk, powinien odnaleźć taki odcinek rzeki i tam nawiązać krótką koleżeńską rozmowę z miejscowym wędkarzem. Po wymianie uprzejmości może ostrożnie zapytać o sandacze na tym odcinku. Zapewne dowie się wielu szczegółów, ale na wszelki wypadek powinien się przygotować na czytanie „między wierszami”. Można też samodzielnie zmierzyć się z rzeką.

Wspomniałem o budowlach, przy których sandacze lubią się kręcić – będą to: tamy, progi, opaski, malutkie otwarte porty dla barek oraz naturalne krótkotrwałe budowle – przykosy. Wielu miejsc jednak sandacze unikają. Trudno jest je wymienić, bo jeszcze nie znamy wszystkich czynników decydujących o wyborze, uwzględnianych przez sandacze. Łatwiej mi będzie wymienić miejsca, w których możemy się ich spodziewać. W każdym przypadku z uwagą należy obserwować powierzchnię wody – jeżeli jest pofałdowana, pełna malutkich wzgórków, tworzą się warkoczyki i wirki, to głębokość w tym miejscu jest niewielka, nazywam ją „nierybną”. Tu na pewno sandacze nie mają ostoi. Na wodzie głębokiej powierzchnia jest równa, gładka, pofałdowana w rybią łuskę jedynie przez wiaterek. Patyczek rzucony na taką wodę płynie równo i spokojnie. Jeżeli głębokość sięga 3 m i więcej, to zalegające na dnie niskie głazy, pnie czy rozległe dziury nie zdradzą się żadnym fałdem na powierzchni. Odkryjemy je dopiero ciężką przynętą prowadzoną po dnie.


TAMA TAMIE NIERÓWNA

Musimy być przygotowani na obłowienie wielu z nich, aby znaleźć tę najlepszą. Pewne pomocne nam prawidłowości jednak istnieją. Oto one: na długim odcinku rzeki jedyne istniejące 2–4 głębokie tamy zawsze będą przyciągać sandacze. Gdy w okolicy główek nie brakuje i tworzą ciągi do 10–15 tam, najlepsze będą te najgłębsze i skrajnie położone. Jeśli sandacze wyjątkowo intensywnie żerują, to przeszukują każdy zakątek rzeki, więc i przy niezbyt dobrych tamkach możemy złowić drapieżnika. Takich dni jednak jest niewiele i lepiej spinningować przy sandaczowej tamie. Wielokrotnie już potwierdziła mi się taka oto prawidłowość: tam, gdzie intensywnie polują bolenie, łowiłem sandacze.


OCENIĆ OPASKĘ

Jest to o wiele trudniejsze. Na jej atrakcyjność ujemny wpływ mają położone przy drugim brzegu lub nieopodal głębokie tamy, próg czy ciąg przykos. Wtedy przy opasce nie uświadczymy wielu sandaczy. Taka konfiguracja rzadko jednak występuje. Dobra opaska to głęboka opaska – tą dewizą należy się kierować, szukając dobrego łowiska. Ta dobra głębokość powinna się zaczynać od 3 m. Byłoby cudownie, gdyby Wam się udało znaleźć opaskę długą przynajmniej na 500 m.

 

PRZYKOSY JAKO ŁOWISKA

Istnieją tylko na dużych rzekach. To bardzo specyficzne twory rzeki i nie wszędzie występują. Najczęściej znajdziemy je na odcinkach piaszczystych, długich na kilkanaście kilometrów, na których mielizny przeplatają się z rwącym zwężonym nurtem. Na ogół są trudno dostępne z brzegów, a do wielu można się dostać jedynie łódką. Poruszanie się po przykosie niesie ze sobą poważne niebezpieczeństwo utonięcia przez zapadnięcie się w kurzawkowy piach lub osunięcie się z sypkiego czoła przykosy do głębokiej wody. Przestrzegam nowicjuszy, aby na przykosy nigdy nie wchodzili sami, lecz z zaufanym kolegą. Specyfika przykosy polega na tym, że niesiony wodą piach odkłada się w nurcie, tworząc blat o urwistym stoku, za którym głębokość niemal stojącej wody może sięgać nawet 5 m. Ryby bardzo lubią tę zaciszną wodę pośród głównego nurtu i często zatrzymują się tutaj duże stada białorybu. Naturalnie podążają za nimi drapieżniki. Trafiają się takie przykosy, które dają schronienie dużemu sumowi lub niewielkiemu stadu sandaczy. Są to tzw. twarde przykosy i trwają nawet miesiąc. Na ogół jednak łowi się drapieżniki aktywne, żwawo podążające za uciekającym żerem.


WYJĄTKOWE MIEJSCE

Takie miejsce w rzece, o którym nie wspomniałem wcześniej, to niczym niewyróżniający się około trzystumetrowy odcinek piaszczystej większej rzeki. Nurt płynie tam nieśpiesznie, niczym nie łamany, przy brzegu nie ma główek i zatoczek. Średnia głębokość dochodzi do 200 cm, a na dnie układają się liczne miniprzykoski, fałdy i duże muldy piachu. Pomiędzy nimi w dzień stoją sandacze oraz nierzadko żerują karpie, amury i duże leszcze. Bardzo często z takiego miejsca wyciągam suma o wadze do 10 kg. Nie potrafię Wam powiedzieć, jak odnaleźć takie miejsce. Zawsze znajdowałem je niejako przypadkiem, przy okazji obławiania spinningiem płytkiego nurtu. Jeżeli w piaszczystym nurcie miałem powtarzające się brania lub wyciągałem raz za razem 2 sandacze pod dwójkę, zapowiadało to właśnie takie miejsce. Zdarza się, że tego rodzaju miejsce jest wyjątkowo rybne do pierwszego śniegu i przyboru wody. Potem ryby odpływają. Do dziś nie wiem, gdzie.


CUDOWNA PRZYNĘTA

Do obławiania skrótowo opisanych miejscówek taka, niestety, nie istnieje. Moim zdaniem składają się na to trzy przyczyny:

1)  każda miejscówka ma inną konfigurację i obławiać ją trzeba przynętą innej konstrukcji;
2)  sandacze często grymaszą i mają swoje „widzimisię”;
3)  wędkarze mają swoje przekonania do pewnych przynęt, choćby dlatego, że ktoś nie potrafi prowadzić gumy, ale cudnie prezentuje wobler.

Często obławiam wszystkie cztery typy miejscówek i wykorzystuję jedynie dwie przynęty: gumę i wobler. Każdą z tych przynęt mam dopasowaną do miejscówki ciężarem, akcją i pływalnością. Dzięki temu znacznie odciążyłem kieszenie kamizelki i wreszcie ciężar przynęt nie wciska mnie w ziemię. Jesienią używam dwóch kolorów: srebrnomatowego z niebieskimi dodatkami i seledynowego, czasem z czerwonym akcentem. W dni pochmurne, ciemne oraz na przełomie dnia i nocy zakładam przynęty seledynowe. W dni bezchmurne łowię srebrnomatowymi. W zapasie mam również dwuczęściowy wobler w jaskrawym kolorze. Używam go podczas totalnego bezrybia.


Gumy mają długość do 10 cm, ich ogonki pracują również wtedy, gdy prowadzę je z prądem. Ciężar główek dobieram następująco: do obławiania opasek – 6 i 12 g; do obławiania tam – 8 i 15 g; do obławiania przykos – 10 i 18 g; do obławiania nurtu z piaszczystymi muldami – 15 i 20 g. Haki są miękkie, tzw. druciaki, dzięki czemu łatwo uwalniam je z częstych zaczepów. Jeżeli zestaw jest dobrze złożony, to w czasie holu nawet dwucyfrowy sandacz nie rozegnie Wam takiego haka. Choć zdarzają się sytuacje, że grubaśny sandacz tak niecodziennie pochwyci przynętę i ściśnie ją szczękami, że hak jest natychmiast spłaszczony i wgnieciony w gumę. Wtedy nie mamy szans na zacięcie. Podobnie zachowują się sumy. Ja ryzykuję taką stratę i łowię druciakami, a Wy musicie sami podjąć decyzję, czy łowić druciakami, czy kutymi hakami o specjalnym profilu i kształcie. Wasz wybór nie będzie miał wpływu na pracę przynęty, lecz jedynie na zawartość portfela.

Woblery są nieco krótsze i lżejsze, ale pozwalają mi łowić w miejscach i w sposób nieosiągalny dla gum. Właśnie w taki sposób te dwie przynęty się uzupełniają. Hornety mają 5 cm długości, wagę 6 g, są pływające i w swojej akcji mają to coś, co pasuje sandaczom. Obławiam nimi nieco spokojniejsze i głębokie miejsca. Na miękkiej żyłce o średnicy 0,24 mm i spod sprężystego kija lecą daleko. Do obławiania strefy nurtu używam podłużnych, uklejopodobnych wobków. Mają niewielki ster i są smukłe, a wabiąca grzechotka znacznie zwiększa ich ciężar. Używam dwóch długości – 6 i 9 cm, o dwóch pływalnościach: pływającej i suspending (gdy zaprzestanę ściągania – nie opadają i nie wypływają). Najbardziej przydają mi się przy rwących opaskach i równie rwących warkoczach poniżej główki.

Łowiąc nowymi gumami, warto je posmarować atraktorem na sandacza, aby zlikwidować nieprzyjemny zapach. Niektóre gumy są fabrycznie nasączane atraktorem, dlatego musicie uważnie zapoznać się z informacją podaną przez producenta. Na jesienną część sezonu nawijajcie tylko nową żyłkę, bo właśnie teraz jest szansa na złowienie ryby życia.


PROWADZENIE PRZYNĘT

Odgrywa ono bardzo dużą rolę w łowieniu drapieżników. Największym grzechem spinningisty jest zbyt szybkie prowadzenie, bo wtedy ryba ma niewielkie szanse na zlokalizowanie przynęty. Woda ma wielokrotnie mniejszą przejrzystość od powietrza. W pełni lata spada ona w Wiśle nawet do 20 cm. W rzekach o klarownej wodzie ryby z większej odległości wypatrzą nie tylko przynętę, ale także nieostrożnego wędkarza. 
Przy opaskach gumę i wobler prowadzę bardzo wolno, często zatrzymuję przynętę i ruchem kija ją cofam. Takie cierpliwe balansowanie niejednokrotnie przeważa szalę niezdecydowania i ryba uderza. Prowadząc gumę po dnie, często ją kładę, by poleżała bez ruchu nawet minutę. Po tym energicznie, ale krótko podrywam i bardzo wolno prowadzę.


Obławiając nurt z muldami, rzucam ciężką gumę powyżej mojego stanowiska, a po opadnięciu przynęty na dno zamykam kabłąk i na napiętej żyłce pozwalam jej się toczyć w dół rzeki, lekko po skosie. Gdy znajdzie się poniżej mnie pod kątem 45º w kierunku nurtu, wznawiam wolne ściąganie, często kładąc ją na dnie. 
Obławianie warkocza poniżej tamy przynosi efekty, jeżeli przynętę prowadzimy jak najbliżej dna. Każdą przynętę wrzucam w nurt i na zamkniętym kabłąku pozwalam jej dryfować do warkocza. Prowadzę ją bardzo wolno. Gumę staram się dorzucić na koniec warkocza.
Przykosa jest łatwa do obłowienia, ale trudno do niej dojść. Najczęściej staję 4 m od rantu i daleko rzucam ciężką gumę na granicę nurtu i spokojnej wody. Prowadzę średnim tempem w pół wody. Wobler rzucam wzdłuż rantu i również prowadzę średnim tempem w odległości 1 m od rantu. Gdy holuję rybę, nigdy nie podchodzę do rantu bliżej niż na 2 m – jest on niestabilny i na pewno obsunąłbym się na głęboką wodę.
Łowiąc jesienne sandacze, musicie być przygotowani na spotkanie z sumem i szczupakiem. Duże szczupaki zazwyczaj obcinają przynętę, sumy zaś ciągną niczym lokomotywy i jesteśmy zmuszeni zerwać rybę. Niejeden raz spotkacie się z braniem ryby, której nie da się rozpoznać po sposobie brania. Miałem już wielokrotnie tak emocjonujące hole, że dopiero po 15 minutach wiedziałem, co ciągnę. Takich właśnie holi Wam życzę.


Stefan Meres
Fot. O. Portrat

 

Słowa kluczowe: | sandacz | rzeka |

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
przynęty na klenie
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj