Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Carp & Catfish Hunters

2015-07-10
Michał Dymek, Michał Ratajczak

"Dwa Michały się spotkały na żwirowni połapały"... Zjeżdżając z poprzedniej zasiadki dostałem telefon od Michała czy nie zasadzimy się na ryby w następny weekend tj. 12-14 czerwca.

Na moją odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Bez większego zastanowienia zgodziłem się na ten termin. Mieliśmy tydzień, by skompletować i przejrzeć sprzęt oraz uzupełnić ewentualne braki. Już w pierwszy dzień zaplanowanej zasiadki ciężkie ołowiane powietrze pachniało grubą rybą oraz burzą, bez której niestety się nie obyło, co spowodowało nasz późny meldunek nad wodą.
Miejscem naszej wyprawy były jak zwykle Żwirki,a na cel obraliśmy sobie karpie oraz sumy. Pierwszy nad wodę dotarł Michał Ratajczak. Nie tracąc ani chwili na rozkładanie sprzętu zabrał się za łapanie żywca. Nie można powiedzieć, że to zajęcie należało do najłatwiejszych. Ryby w ogóle nie współpracowały. Dojechałem do niego po mniej więcej godzinie, a w siatce była tylko mała płotka. Podczas gdy rozbijałem obozowisko, Michał zaciął konkretniejsza rybkę z nadzieją, że będzie to idealny okaz na sumową przynętę. Na brzegu okazało się, że na jego kukurydzę skusił się wymiarowy lin. Nie była to wymarzona ryba na żywca, ale co zrobić kiedy przez 4 godziny biczowania wody nic nie brało. Sprawnie rozbiliśmy nasze namioty oraz resztę sprzętu i jesteśmy gotowi, by postawić bojki na zrywkę oraz wywieźć zestawy.Szybkie i sprawne zbrojenie wędek w przynęty i po kilkunastu minutach nasze zestawy są już w wodzie. Czas nam się nie dłużył trzeba było dokończyć rozbijanie obozu oraz przygotować kolację.
Na pierwsze rezultaty naszej pracy nie trzeba było długo czekać. Już po półtorej godziny na kiju Michała zaczął charakterystycznie dzwonić dzwoneczek. Pierwsze branie suma okazało się być niestety nietrafione. Z ciekawości podpłynęliśmy obejrzeć naszego żywca czy zestaw jest niesplatany i co w ogóle z nim się stało. Widok wyciągniętej z wody przynęty był bezcenny. Na obu bokach lina widniały zdarte do skóry łuski w kształcie podkowy. Bez wątpienie oboje stwierdziliśmy SUM. Naszą przynętą zainteresował się wąsaty. Identyczne branie powtórzył jeszcze dwa razy jednak bez upragnionego rezultatu. O 4 rano usłyszeliśmy charakterystyczny odjazd. Tym razem na moim kiju zameldował się jakiś cyprinus. Scenariusz jak zwykle ten sam. Zacięcie i ryba parkuje w kępach zielska. Szybkie wypłynięcie i po walce z z rybą w zielsku ładny karpik ląduje w siatce podbieraka. Na brzegu waga pokazała 4,5 kg nie duży okaz, ale cieszy niezmiernie. Szybkie zdjęcia i ryba wraca do swoich. Rankiem podjęliśmy decyzję, by sprawdzić co dzieje się z zestawem na którym wisi nasz żywiec. Przy bojce okazało się, że zestaw jest całkowicie splatany, a przynęta po tylu atakach drapieżnika jest już martwa. Pozostało nam spłynąć do brzegu i znów zacząć łapać żywca. Można powiedzieć , że była to walka z wiatrakami. Woda wydawała się martwa.
Szybka burza mózgów i stwierdziliśmy, że jedyną szansa na żywca będzie podjechanie do znajomego na stawy z karasiami. Szybka akcja i po południu mieliśmy już 8 zgrabnych żywców w siatce. Ponownie pod wieczór wywieźliśmy zestawy po czym nasłuchiwaliśmy naszych sygnalizatorów. Do godziny 2 w nocy nic się nie działo. Dokładnie o 2:22 znów zabrzmiał mój sygnalizator. Ryba się nie patyczkowała równo wysnuwała żyłkę z szpuli kołowrotka. Zacięcie i usłyszałem jak zaczyna pracować hamulec walki. Gdy byłem już pontonem na wodzie karp doskonale wiedział gdzie płynąć. Każde wypłoszenie go sztycą podbieraka z zielska kończyło się ponownym zaparkowaniem ryby w większej kępie. Po 40 minutach męczarni nareszcie karp wylądował w podbieraku. Waga tym razem pokazała 9 kg. Był to piękny podłużny samiec. Szybkie zdjęcie, odkażenie rany po haku i ryba bezpiecznie wraca do wody.
Po udanym holu podpłynęliśmy do zestawów na suma by zobaczyć jak się mają nasze przynęty. Po całej nocy były w świetnej kondycji. Zwiększyliśmy nieco grunt i spłynęliśmy do brzegu. O 7 rano Michał przyszedł zaniepokojony do mojego namiotu z informacją, ze coś działo się na jednej z wędek. Spławika od żywca nie było w ogóle widać dzwonek nie dzwonił a bojka od zrywki była na powierzchni. Po zwinięciu całego luzu plecionki na wędce czuć było tylko tępy opór zaczepu. Wypłynęliśmy obaj pontonem by zobaczyć co siedzi na drugim końcu plecionki. Dopłynęliśmy do gęstej kępy zielska. Nie widać spławika nie ma żadnych oznak ryby na końcu zestawu, tylko plecionka tępo i powoli przesuwa się w bok. Nagle na powierzchni pojawiła się masa pęcherzyków powietrza, krzyknąłem tylko do Michała "masz suma zaraz się przewinie na powierzchni". Ryba nie była zadowolona, że poderwaliśmy ją z dna. Sum pojawił się na powierzchni, klapnał kitą dobijając do dna, ciągnął ponton za sobą. Walka była jak równy z równym. Ani my, ani sum nie odpuszczał. Po 30 minutach walki nadeszła pora na pierwsze klepniecie ryby w łeb. Uderzenie zapoczątkowało kolejny zryw wściekłości ryby. Wąsacz znów zanurkował i dobijał do dna bijąc ogonem po plecionce. Kolejne wyjście ryby na powierzchnie i drugie klepnięcie w łeb. Ryba znów odchodzi od pontonu, ale już nie tak energicznie. Gdy już trzeci raz sum zameldował się na powierzchni było widać , że ryba jest wyczerpana i nawet trzecie klepnięcie nie sprowokowało ryby do odejścia pod wodę. Czas podbierać, tylko jak? Gołą ręką nie da rady a rękawice zostały na brzegu. Pierwsza myśl "koszulka". Ściągnąłem koszulkę owinąłem nią dłoń i wpakowałem w pysk ryby. Pewny chwyt i sum był już z nami na pontonie po ponad 45 minutach walki. Obaj byliśmy szczęśliwi.
Odrobione lekcje z poprzedniego dnia oraz wzorowe wybranie miejscówki dały efekty i to jakie. Sum miał 137 cm długości oraz 16,5 kg wagi. Michał wywindował sobie życiówkę na naprawdę wysoki szczebel. Teraz tylko sesja z piękną rybą i po odpoczynku w worku, catfish wrócił do wody by znów przeczesywać podwodne łąki w poszukiwaniu drobnicy.
Po udanym holu przyszedł czas na relaks, zapomnieliśmy w tej sielance nawet o ponownym wywiezieniu zestawu. Około godziny 14 stwierdziliśmy , że nie warto trzymać pustej wędki na brzegu. Michał szybko uzbroił zestaw w świeżego żywca, którego przypięliśmy do bojki z klipsem. Nie spodziewaliśmy się kolejnego brania, ale nie poddawaliśmy się. Póki wędki w wodzie mamy szanse na kolejną rybę. Na efekt nie trzeba było długo czekać.



Tuż przed 19 kolejne branie na zestaw sumowy. Ryba energicznie szarpie całym wędziskiem a dzwonek gra swoją melodie. Michał miał wielkie szczęście ponieważ byłem już spakowany i gotowy do zjechania z zasiadki do domu. Gdy tylko usłyszałem dzwonek bez zastanawiania ruszyłem w stronę naszych miejscówek. Wędka pięknie się uginała a kołowrotek płynnie oddawał plecionkę walczącej rybie. To było pewne kolejny sum skusił się na naszą przynętę. Wskoczyłem do pontonu i podpłynąłem do miejsca gdzie Rataj miał ustawione wędziska. Michał sprawnie wskoczył do pontonu na którym to zaczęła się zabawa z rybą. Po dopłynięciu do bojki od zrywki plecionka prowadziła w miejsce gdzie były zatopione płyty, pozostałości po starej żwirowni. Sprawna współpraca pozwoliła na zawrócenie ryby z tego miejsca i wyciągnięcie jej na czystą wodę. Sum kilkukrotnie przewijał się na powierzchni ukazując nam swoje cielsko i ponownie niknąc w wodzie dobijając do dna. Już na oko można było stwierdzić, że jest większy. Pierwsze podprowadzenie pod ponton, pacnięcie ryby w łeb i piękny odjazd na kilkanaście metrów. Dla każdego wędkarza dźwięk grającego kołowrotka przy walce z rybą to najwspanialsza symfonia. Ryba drugi raz melduje się na powierzchni i znów klepię ją miedzy oczy. Sum ewidentnie nie chciał jeszcze do nas. Szałaputnie zaczął płynąć pod ponton jakby wiedział, że to może nam skomplikować hol. Przytomnie jednak poradziliśmy sobie z tym zdarzeniem i przy trzecim wyjściu ryby na powierzchnię widać było, że czas podbierać zdobycz. Tym razem ręka była już uzbrojona w rękawicę a chwyt po porannym holu był już znacznie pewniejszy. Tej ryby jednak nie było mi tak łatwo wciągnąć do pontonu. Poczułem już w ręce, że okaz z którym mamy do czynienia jest grubszy. Szczęście Michała nie miało granic. Dwa sumy jednego dnia i na dodatek dwa życiowe rekordy. Drugie branie zaowocowało rybą o długości 142 cm i wadze 18,5 kg. Szybkie zdjęcie ze zdobyczą i ryba wraca do wody.
Nikt chyba nie wierzył w taki scenariusz. Woda naprawdę obrodziła. Ja ustanowiłem swój rekord jeśli chodzi o karpia, a Michał nareszcie złapał upragnionego suma. Za którym, nie ukrywajmy sumiennie chodził nad wodę przez dwa lata, bez większych efektów. Jak widać, uporczywe dążenie do celów, sumienna praca nad zestawami i odpowiednia strategia dają efekty. Karpie zaczęły regularnie lądować na macie, a sumy po tym weekendzie za pewne nie raz obudzą nas nad woda charakterystycznym dzwonkiem na szczytówce wędki. W końcu znaleźliśmy złoty środek by dobrać im się do wąsatych pysków...






Łowca sumów Michał Ratajczak

Łowca karpi Michał Dymek

fot. autorzy

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj
przynęty na klenie