Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Okoniowa rozgrzewka

2014-05-09
Michał Krzyżanowski

Maj na zbiorniku zaporowym to nie tylko wyprawy szczupaki i oczekiwanie na sandacze. To także łowienie okoni, które właśnie teraz są po tarle i żerują całkiem nieźle.

W końcu przyszła prawdziwa i trwała wiosna, a razem z nią sezon na duże drapieżniki nizinne. Po zimowej przerwie albo co najwyżej po wiosennych pstrągach nabieramy apetytu na coś większego na kiju. Zaczynamy oczywiście tradycyjnie 1 maja od szczupaka, ale dla wielu z nas tą najcenniejszą i dostarczającą najwięcej emocji rybą jest sandacz. Z tego powodu większość łowców „zaporowych” drapieżników wyczekuje dnia otwarcia sezonu sandaczowego bez mała tak, jak nasze pociechy Dnia Dziecka, przypadającego w tym samym terminie. Łowienie szczupaków, które zresztą nie we wszystkich zaporówkach są licznym gatunkiem, z trudem potrafi wypełnić dłużące się oczekiwanie na pierwsze pstryknięcie w spotkaniu z mętnookim, tym bardziej że majowa pogoda zachęca do wypadów nad wodę. Na szczęście w dobrze utrzymanym łowisku wędkarzowi zawsze pozostają... okonie. Łowienie majowych garbusów to dobre ćwiczenie dla zagorzałego sandaczowca, taka zaostrzająca wędkarski apetyt przystawka przed czerwcowym daniem głównym. Okonie w tym okresie są już wytarte i w szybkim tempie wynagradzają sobie tarłowy wysiłek, buszując po płyciznach. Zżerają teraz (zresztą jak zwykle) wszystko, co tylko nie da rady im uciec, a zmieści się w pysku. Zważywszy na znaną powszechnie ruchliwość i żarłoczność okoni oraz ich wielkie pyski, ofiar może być więc sporo.  Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, aby spróbować podrzucić im sztuczną przynętę spinningową. Nie zawsze możemy liczyć na sztuki kilogramowe, zwłaszcza po wielu latach, w których okoń był traktowany jak szkodnik i pozbawiony nawet wymiaru ochronnego, ale nawet te mniejsze sprawiają o tej porze roku wiele radości.


Sprzęt

Jak już wspomniałem, łowienie okoni to dobre ćwiczenie dla sandaczowca, bo i przynęty, i techniki łowienia stosuje się podobne, tylko sprzęt jest o klasę delikatniejszy. Na początek chcę Was uspokoić: nie namawiam do łowienia na najdelikatniejsze wędeczki, cieniutkie żyłki, paproszki i uniwersalny boczny trok, gdyż o tej porze roku zwyczajnie nie ma to sensu. Czepia się wtedy zbyt dużo maluchów, które powinny jeszcze kilka lat spokojnie pływać i obrastać w mięśnie, zanim staną się pożądaną i cenną wędkarską zdobyczą. Do majowych wypraw w poszukiwaniu okoni proponuję lżejszą wersję spinningu sandaczowego. Będzie to lekka wklejanka długości 2,4 m i z ciężarem wyrzutu do 15 g, do tego poręczny, lekko pracujący młynek z żyłką 0,16–0,18 mm i to już wszystko. Uważam, że nie powinno się stosować zbyt cienkiej żyłki. Na moich majowych łowiskach nie przynosi ona żadnych wymiernych korzyści, a utrudnia stosowanie pewnych technik łowienia (o czym dalej).To samo dotyczy kija. Można oczywiście łowić okonie na wędziska szczupakowe, sandaczowe czy jakieś tzw. uniwersalne spinningi, a więc na nieco cięższy sprzęt. Nic nie stoi na przeszkodzie. Warto jednak pamiętać, że lekki kij okoniowy nie tylko ułatwi precyzyjne poprowadzenie przynęty, ale także da nam więcej radości w czasie holu, a o to przecież chodzi...


Przynęty

Jak już wspomniałem, wabiki też nie są najlżejszego kalibru. Nie są to również ich duże, ciężkie warianty, bo obowiązuje tu zasada złotego środka. Używam rzecz jasna gum. Są to twistery i rippery długości 5–6 cm w stonowanych, najczęściej naturalnych barwach. Okonie z upodobaniem żerują na drobnej płotce, więc z reguły zaczynam łowienie od klasycznego pewniaka-uniwersała, czyli perłowego z ciemnym grzbietem. Warto próbować też przynęt, których barwy realistycznie oddają wygląd małych rybek, ale nie jest to konieczne, bo wyżej wspomniana kombinacja barw sprawuje się wystarczająco dobrze. Dobrymi kolorami, które od lat mi się sprawdzają, są ciemny fiolet, motor-oil, herbata z pieprzem (jakkolwiek by to nie brzmiało...). Jak więc widać, są to barwy stonowane. Na kolorowy zawrót głowy czy pleksi z brokatem przyjdzie jeszcze czas. Gwoli uzupełnienia dodam, że przynęty wiążę bezpośrednio do żyłki, bez żadnych krętlików i agrafek. Dobrym i godnym polecenia węzłem jest palomar. Jest wytrzymały, nie osłabia żyłki i wykonuje się go szybko.


Łowiska

W maju w łowiskach zbiorników zaporowych szukam okoni w miejscach niezbyt głębokich, bo 1,5–2,5 m pod powierzchnią wody. Są to łagodne spady i płaskie blaty, dobrze, jeśli są okolone głębszymi toniami. Tam właśnie woda nagrzewa się najszybciej i tam uwija się drobnica zwabiona ciepłem i światłem słońca, jak też najszybciej pleniącym się również tam dennym robactwem. Jak łatwo się domyślić, właśnie za nią przyciągają okonie i inne drapieżniki, a za nimi z kolei powinien podążać wędkarz. Jak zawsze więc zasada „poznaj łowisko, a znajdziesz ryby” sprawdza się w całej rozciągłości no i przydaje się znajomość procesów zachodzących pod wodą.Dobrze, jeśli takie miejsca nie są równe i płaskie, tylko urozmaicone np. drobnymi muldami, garbkami czy koloniami racicznic. Nierówne dno nie tylko daje lepsze warunki bytowe pokarmowi okoni, ale i przyda się nam do łowienia, ale o tym dalej. Tak na marginesie, racicznica to małż, o którym warto coś niecoś wiedzieć. Choć jest u nas gatunkiem obcym, a na dodatek szkodnikiem budowli wodnych, to jednak dla wędkarza bardzo pożytecznym stworzonkiem. Racicznice filtrują wodę, wychwytując z niej glony, sinice i inne cząsteczki organiczne, przez co są żywymi oczyszczalniami. Są małych rozmiarów, ale przez swą ilość stanowią poważny czynnik hamujący zakwity jezior. Równie ważne jest to, że kolonie racicznic wręcz w magiczny sposób przyciągają płocie, za którymi jak zawsze ściągają ryby drapieżne. 


Technika

Łowienie okoni trochę przypomina polowanie na sandacze. Stosujemy podobne nie tylko sprzęt i przynęty, ale także techniki połowu. Pierwsza z nich to klasyczne łowienie z opadu: z kija i z kołowrotka, na jedno podbicie i na dwa podbicia, przy dnie i w toni... Wariantów jest dużo, ale nie o tym chcę dziś pisać. Pragnę Wam zaproponować bardzo skuteczną technikę łowienia „na wleczonego”. Jak sama nazwa wskazuje, polega ona na powolnym przeciąganiu przynęty po dnie. Wabik musi cały czas utrzymywać z nim kontakt, przypominając małą rybkę myszkującą w dennych osadach, raczka itp. Wzbija obłoczki mułu, puka główką o kamienie, skorupy małży i robi na dnie wystarczająco dużo zamieszania, żeby zaciekawić okonie. Nie zawsze jednak wystarcza to do pobudzenia ich instynktu żerowania, ale mam dla Was coś i na taką okoliczność. Wróćmy teraz na chwilę do łowiska. Jak już pisałem, jego dno powinno być nierówne i urozmaicone muldami czy też koloniami racicznic. Otóż nie bez powodu polecam łowienie w takich właśnie miejscach. Ciągnięcie przynęty gumowej po tak urozmaiconym dnie powoduje co jakiś czas lekkie klinowanie się główki jigowej w zawadach i właśnie uwalnianie jej można wykorzystać do prowokowania okoni. Zaczepy wyczuwamy ręką jako tępe przytrzymania, wyraźnie też „widać” je na szczytówce wklejanki. Niedoświadczony wędkarz najprawdopodobniej zacznie w takiej sytuacji szarpać lub podszarpywać, co się kończy złapaniem prawdziwego i uciążliwego zaczepu. Ale my przecież celowo łowimy w ten sposób, więc nie wpadamy w panikę, tylko z czuciem, delikatnie i płynnie zwiększamy napór na kij, coraz bardziej go podnosząc. W pewnej chwili nacisk staje się na tyle silny, że główka raptownie uwalnia się z zaklinowania i przynęta z impetem wyskakuje w górę, po czym opada na napiętej żyłce. Właśnie w tym momencie jest najwięcej brań, zarówno przy samym skoku przynęty, jak i w opadzie. Z praktyki wynika, że takie gwałtowne skoki w połączeniu z leniwym wleczeniem to świetny sposób na garbusy.Wróćmy jeszcze do żyłki. Już rozumiecie, dlaczego nie może być ona zbyt cienka? Bo zwyczajnie zacznie się rozciągać podczas podciągania zaklinowanej na dnie przynęty. Kij będzie się podnosił i uginał, a cienka żyłeczka rozciągnie się na tyle, że przynęta nawet nie drgnie i nie tylko nie uzyskamy wabiącego podskoku, ale będziemy tracić wiele wabików.

 ***

Kolejna lekcja spinningu dobiegła końca. Zachęcam wszystkich do spróbowania swoich sił w praktyce. Ja opisaną wyżej metodą łowię już od dawna i dzięki niej w moim podbieraku wylądował już niejeden okazały wielkopyski i łapczywy pasiasty drapieżnik. Warto przy tym pamiętać, że majowe wyprawy na okonia to nie tylko sposób na wypełnienie czymś czasu oczekiwania na sezon sandaczowy w przerwach między kolejnymi wyprawami na szczupaki. Jak widać, jest to także bardzo dobre ćwiczenie z precyzyjnego prowadzenia gum i poznawania dna. Zanim po zimowej przerwie poczujemy pierwsze w roku sandaczowe pstryknięcie, warto mieć na powrót zmysły wyostrzone, nadgarstek wyczulony, a refleks doskonały. Słowem, jest to dobra rozgrzewka przed sezonem na mętnookie.Warto dobrze opanować majowe łowienie okoni, bo choć jest ono tylko trochę podobne do łowienia innych „zębatych”, to zawiera w sobie szereg elementów technicznych, których opanowanie na pewno zaprocentuje wzrostem liczby złowionych drapieżników różnych gatunków. Umiejętność „zdejmowania” zaklinowanych na dnie gum także z pewnością się przyda i przyczyni do zmniejszenia strat w naszych pudełkach.



Słowa kluczowe: | Michał Krzyżanowski | spinning | wędkarstwo | okoń |

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
przynęty na klenie
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj